Forum Żeglarskie

Zarejestruj | Zaloguj

Teraz jest 19 sie 2026, o 06:05




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 8 ] 
Autor Wiadomość
PostNapisane: 26 cze 2026, o 07:59 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 24 maja 2008, o 17:28
Posty: 2071
Lokalizacja: Nowa Zelandia
Podziękował : 787
Otrzymał podziękowań: 1717
Uprawnienia żeglarskie: nie posiadam
Od jakiegoś czasu coraz częściej rozmawiamy o napisaniu książki.

Kasia koresponduje z kilkoma osobami, opisując nasze przeżycia, i nazbierało się trochę tekstów. Sporo czasu poświęcamy też na analizy naszych doświadczeń, co uświadamia nam ich obfitość i różnorodność. Chcemy, aby była to wciągająca beletrystyka, która odda klimat oceanicznej włóczęgi, ale nie zanudzi czytelnika.
Pracujemy nad tym projektem we dwoje i celowo przeplatamy w tekście perspektywę Kasi oraz moją.
Jeżeli projekt się uda, chcemy ją wydać w momencie zakończenia pętli, czyli przybycia na Karaiby.
Bardzo zależy nam na szczerej opinii środowiska.

Mam do Was cztery konkretne pytania:
1. Pisanie w duecie: Jak odbieracie przechodzenie z perspektywy Kasi do mojej? Czy taka przeplatanka narracji Was ciekawi, czy raczej wybija z rytmu? W książce zamierzamy wyróżnić te narracje krojem czcionki.
2. Kulinaria i przepisy: Kasia planuje wpleść w tekst patenty kulinarne i konkretne przepisy z rejsu (w próbce widać już wstęp do tego tematu). Czy to trafiony pomysł na urozmaicenie książki podróżniczej?
3. Technika kontra laik: W moim fragmencie piszę o kotwiczeniu głębinowym, metrach łańcucha i linie. Będą awarie, smaczki nawigacyjne itp. Czy Waszym zdaniem technikalia powinny być podawane wprost w tekście? Jeśli tak, to jak to ograć (np. ramki, przypisy, tło), żeby laik mógł to łatwo pominąć, a żeglarz nie czuł niedosytu?
4. Oczekiwania: Czego Wy oczekujecie od współczesnej książki żeglarskiej? (Więcej przygody, przyrody, psychologii, realiów życia w różnych miejscach, walki z żywiołem, życia na jachcie, pokonywania długich przelotów, inne sugestie). Będzie o ludziach, tych z którymi utrzymujemy kontakt na odległość i tych których spotykamy na naszej drodze.
5. Co sądzicie o kodach QR kierujących czytelnika do klipów w filmikach na YT , które wiążą się z czytanym tekstem?
Będziemy ogromnie wdzięczni za każdą krytyczną i konstruktywną uwagę.

Poniżej wrzucam surowy fragment – próbkę naszych tekstów.
Rozdział X: Polinezja Francuska (Markizy)
Kasia:
Kapusta jest warzywem nieskończenie doskonałym. Po pierwsze: jest pyszna, po drugie: świetnie się przechowuje, a po najważniejsze: znana jest na całym świecie, więc problem dostępności ogranicza się do trafienia w dostawę.
Pierwszy po przelocie z Meksyku przystanek na Polinezji Francuskiej wypadł nam na całkiem dobrze zaopatrzonej wyspie Hiva Oa. Supermarkecik miał wszystko i to niezwykle uśpiło moją czujność. Zrobiliśmy zaopatrzenie takie, jak robi się na dłuższy weekend, i ruszyliśmy w kierunku wyspy obiecującej nieziemskie widoki, po ujrzeniu których spokojnie można umrzeć – tak bowiem opisywana nam była Fatu Hiva. Po drodze przystanęliśmy na Tahuata. (…)
Po dotarciu na miejsce rzeczywiście czuliśmy, że okoliczności przyrody na Fatu Hiva z nawiązką wynagrodziły nam trudy dotarcia, bo płynęło się dziarsko i pod wiatr, z niezłymi szkwałami na finiszu.
Marek:
Mimo że zatoka jest spora, pozostawia niewiele miejsca na kotwiczenie i to na głębokościach ponad 25 metrów. Już na pierwszy rzut oka widać było, że będziemy kotwiczyć głębinowo.
Mam 100 metrów łańcucha i 40 metrów doszplajsowanej liny, czyli mogę stanąć nawet na 40 metrach, ale nigdy wcześniej tego nie robiłem. Ten rodzaj kotwiczenia niesie ze sobą pewne niebezpieczeństwo, gdyż na takiej głębokości zakleszczenie kotwicy może skończyć się koniecznością jej odcięcia razem z łańcuchem. Nie dawałem za wygraną i postanowiłem jeszcze raz objechać zatokę. Ostatecznie znalazłem miejsce pomiędzy dwoma jachtami i po uzyskaniu informacji, gdzie dokładnie leżą ich kotwice, stanęliśmy między nimi na 30 metrach. Moja Rocna złapała za pierwszym razem. Okalające zatokę strome, niemal pionowe zbocza gór, wróżyły gwałtowne wiatry spadowe.
Kasia:
Wobec średniego komfortu stania wiele jachtów odpłynęło, zaliczając jedną z piękniejszych wysp jedynie jako szybką atrakcję. My jednak planowaliśmy tam dłuższy postój i zaczęło nam doskwierać liche zaopatrzenie. Sklepiczek w wiosce był malutki i wypełniony żywnością z długim terminem przydatności: głównie puszkami, mąką, makaronami, ryżem i słodkimi napojami.
Pisałam do przyjaciółki:
„Opuściliśmy Hiva Oa i rozpoczęliśmy eksplorację Polinezji. Zachwyt towarzyszy nam na każdym kroku. Zachwycamy się widokami, przyrodą i ludźmi. Masz rację – szczególnie kobiety noszą się przecudnie. Będę polować na taką kieckę w kwiaty.
Zachwyca mnie też piękny zapach, który nam ciągle towarzyszy. Ostatnio tak dobrze było mi na Jamajce. Tam też było kwiatowo-ziołowo-cytrusowo w powietrzu, ale tu jest jeszcze bardziej. Te białe kwiatki pachną jak jaśmin i bergamotka z dopalaczem.
Fatu Hiva jest spektakularna już od pierwszego wejrzenia. Z daleka znajduję lekkie podobieństwo do Azorów, ale jak weszliśmy w uliczki, jest jednak inaczej. Wszechobecne cytrusowe drzewa, zielone trawniczki i strumień z krystaliczną wodą płynący przez całą wioskę dopełniają sielskiego widoku.
Z warzywami za to sielskość się zakończyła. Hiva Oa to był urodzaj – tu nie ma nic poza cebulą. Jak zagadnęłam babkę w sklepie o pomidory, nie kryła zdumienia. Zapytałam więc, czy ma swój ogródek, ale też przecząco kiwała głową. Oni tu chyba nie jedzą warzyw – szok!
Odkopałam moje fasolki na kiełki, bo raczej nic się nie zmieniło od czasów, gdy tu byliście. Jest szansa, że pojedziemy na wycieczkę samochodem w głąb wyspy. Wezmę moją torbę z Ikei w nadziei, że dopadnę jakiś warzywniak – podobno w sąsiedniej zatoce jest lepiej”.

Wycieczka doszła do skutku i miała liczne walory poznawcze. Poznaliśmy naszego kierowcę i przewodnika z żoną, który przywdział na tę okazję naszyjnik z kości morskich stworów. Poznaliśmy też parę sympatycznych Kanadyjczyków, z którymi jechaliśmy na pace dżipa, podziwiając górzysty krajobraz wyspy. Poznaliśmy też w całej okazałości różnorodność wonnych roślin kwitnących w przydomowych ogródkach Markizjanek, bowiem celem wycieczki była gościna w domu tubylców, pokaz rozbijania kory drzewnej na tapa i kurs wyplatania wianków. Na koniec zostałyśmy z Kanadyjką Louis pięknie przystrojone tymi wiankami. Moje krótkie włosy nie były w stanie zrazić instruktorki od wianków i sobie znanymi sposobami upięła mi cudownie pachnącą kompozycję na głowie, którą dumnie nosiłam do końca dnia. Wieczorem odczepiłam wianek, włożyłam go do siatkowego woreczka i powiesiłam w szafie, która wypełniła się zapachem frangipani, ylang ylang i czym tam jeszcze.
W kwestii zaopatrzenia sklep w innej wiosce miał niewiele więcej do zaoferowania. Udało nam się kupić głęboko zamrożone mięso z Nowej Zelandii i opakowanie jajek. Były co prawda jakieś mrożone warzywa, ale biorąc pod uwagę dystans, jaki nas dzielił od łódki, i panującą temperaturę na pace, musielibyśmy mieć przenośną lodówkę – a nie mieliśmy. Zostaliśmy przy lodach. W drodze powrotnej nasz kierowca z kłami rekina na szyi, odczytując chyba uczucie zawodu, jakiego doznaliśmy w sklepie, zaproponował przystanek na mango w dżungli. Zatrzymaliśmy się na poboczu, żona kierowcy wyskoczyła z auta i wskazała nam drogę do rozłożystego, wielkiego mangowca rosnącego nieopodal. Ochoczo wzięliśmy się za wyszukiwanie najładniejszych spośród leżących na ziemi owoców, uważając, by nie wdepnąć w te, które dżungla i jej mieszkańcy już sobie upodobali. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że mango można zrywać całkiem twarde i zielone, a dojrzeje po paru dniach.
Wróciliśmy na jacht i w oczekiwaniu na przyjaciół, którzy mieli do nas dołączyć, ale ciągle jeszcze stali na Hiva Oa, robiłam listę, co mają mi kupić i wkrótce przywieźć. Jak to jednak w żeglarstwie bywa, ich plany ulegały zmianie, więc wypatrywałam dostawczego statku, który niebawem miał przypłynąć i wypełnić wyspę dobrem wszelakim. Codziennie spacerowaliśmy po urokliwych uliczkach, które bardziej przypominały parkowe niż wiejskie. Widok zadbanych, przystrzyżonych trawników, klombów z kwiatami przy domach był kojący. Tylko blacha falista na dachach burzyła estetykę co wrażliwszych – Marek utyskiwał i na nową blachę, i na tę zardzewiałą, która poddała się walkowerem wobec agresywnej wilgoci.
Gdy pewnego dnia zapuściliśmy się pomiędzy domostwa, kontemplując ogródki, z jednego z nich wyszła kobieta i bardziej gestami niż słowem zaprosiła nas do swojego domu. Tam, na wielkim zadaszonym, wykafelkowanym tarasie, zaczęła prezentować tapa, czyli rysunki wykonane na specjalnie przygotowanej korze drzewnej. Jak się ją przygotowuje, widzieliśmy kilka dni wcześniej na pokazie przed wyplataniem wianków. Nawet mieliśmy w tym udział, bo zostaliśmy zaproszeni do okładania drewnianą pałką odartej z drzewa świeżej kory tak, że sok pryskał na wszystkie strony. Proces ten, powtórzony wielokrotnie, pozbawia korę wilgoci i pozwala nanosić na nią rysunki – jak na papirusie. Oglądaliśmy monochromatyczne dzieła przedstawiające głównie geometryczne wzory i lokalne zwierzęta morskie. Po chwili z domu na taras wyszła stupięćdziesięciokilogramowa drag queen w mocno domowym wydaniu, która mówiła trochę po angielsku. Wyjaśniła nam, że tapy są na sprzedaż, a maluje je ona i jej matka. No i że może nam przygotować polinezyjskie jedzenie, jeśli się wcześniej zapowiemy na WhatsAppie. Biorąc jednak pod uwagę to, co mają dostępne w sklepie, to chyba składałoby się tylko z glutenu i skrobi albo ryb, których unikamy. Drag queen poruszała się ociężale, wspierając na balkoniku raczej z powodu ogromnej tuszy, nie wieku.
Na Polinezji otyłość to poważny problem. Prawie wszyscy są bardzo grubi. Dzieci również mają skłonność do nadwagi, mimo że ich tryb życia jest raczej aktywny. Tej obfitości spożywanych owoców, rosnących dziko nawet przy asfaltowej drodze, a przede wszystkim odziedziczonego od Francuzów zamiłowania do bagietek, nie zrównoważy jedzenie świeżych ryb, choć stanowią one istotny element ich diety. Ciągle też przyrządzają uprawiane lokalnie, bogate w skrobię taro i maniok, które jednak wymagają więcej zachodu niż rozmrożenie frytek.
Mrożone frytki przyjeżdżają natomiast statkami dostawczymi razem z zaopatrzeniem sklepów, paczkami zamówionymi indywidualnie, materiałami budowlanymi, a nawet drzewami do posadzenia. Dzieje się to raz na kilka tygodni i zawsze powoduje ogromne poruszenie. Statek staje na kotwicy przed zatoką, a specjalne, odkryte barki transportują wszystko po kolei do wybetonowanego kawałka nabrzeża, gdzie odbywa się rozładunek . Stamtąd towar jest sprawnie pakowany na oczekujące samochody i już po chwili można odnieść wrażenie, że statek był tylko snem.
Ale nie tym razem. Niesiona nadzieją i trwogą, czy zdążę załapać się na dostawę, pomaszerowałam do znajomego sklepiku. Zdjęłam klapki przy wejściu, bo zobaczyłam, że wszyscy zostawili tam obuwie. Popadało więcej niż zwykle i gdzieniegdzie pojawiło się błotko – z troski, by nie nanieść go do środka, wszyscy chodzili po sklepie boso.
Weszłam i rozejrzałam się bacznie, spodziewając się może nie karczochów, ale chociaż pomidorów na półce. Jakież było moje zaskoczenie, gdy na pustym regale zobaczyłam... trzy główki czerwonej kapusty. Nie było nawet śladu po innych warzywach. Żadnych łupin czy oderwanych liści. Główki modrej kapusty nie były duże, ale za to bardzo zwarte – jedna spokojnie ważyła ponad kilogram. Wzięłam dwie z nich i włożyłam do torby.
Wahałam się jednak, co zrobić z trzecią. A jeśli to była ta ostatnia? Jeśli przyjechały tylko trzy i wyłącznie ja będę cieszyć się ze zdobyczy? Przecież wtedy cała wioska zostanie ograbiona ze źródła antocyjanów! To one odpowiadają za intensywny kolor czerwonej kapusty, mają silne działanie przeciwzapalne, chronią serce, obniżają ciśnienie krwi i mają zbawienny wpływ na wzrok, co przy ostrym, oceanicznym słońcu jest niezwykle ważne. O witaminach i błonniku nie wspomnę. Pomyślałam, że miejscowi powinni jeść więcej warzyw. Z uczuciem lekkiego żalu odłożyłam trzecią główkę na półkę, zabrałam torbę z moimi dwiema kapustami i poszłam do kasy. Do tej pory nie wiem, czy zaopatrzenie tego dnia było tak marne, czy wszystko zostało wykupione przed moim przyjściem, ale w koszykach stojących przede mną w kolejce bosych klientów były raczej „zwykłe” produkty, jakie codziennie można było tam dostać.
Wracając do portu, zdziwiłam się, słysząc gwar. Po chwili zobaczyłam kilkudziesięciu turystów siedzących na ławeczkach nieopodal nabrzeża. Poczułam znajomy zapach i wtedy zauważyłam, że niektóre kobiety mają we włosach wplecione bukieciki podobne do tego, który i ja miałam. Okazało się, że statek dostawczy przywiózł ze sobą również pasażerów spragnionych obcowania z cudownym, polinezyjskim światem. W czasie gdy dobroci z ładowni były kolportowane do odbiorców, nasz kierowca z kłami rekina oraz inni przewodnicy zabrali turystów na wycieczki po wyspie i kursy wyplatania wianków.
Wreszcie statek odpłynął, zabierając ze sobą cały ten gwar. W porciku zapadła cisza, zakłócana co najwyżej odgłosem metalowych kul zderzających się podczas odbywających się popołudniami rozgrywek w pétanque.
Czerwona kapusta jako drogocenna zdobycz zasługiwała na godną oprawę. Ponieważ miałam w lodówce wędzony boczek, przesmażyłam go na patelni. Kapustę poszatkowałam drobno na mandolinie, posoliłam i wymieszałam. Kiedy lekko zwiędła, dorzuciłam ją do boczku i podlałam wodą. Po chwili dodałam zmielone ziele angielskie oraz ocet jabłkowy do smaku, pod wpływem którego kapusta w jednej sekundzie zmieniła kolor z sinego fioletu na piękny, głęboki rubin. Tak przyrządzoną kapustę jedliśmy zarówno na ciepło, jak i na zimno – jako dodatek do burgerów czy szarpanej wołowiny.
Podczas naszych codziennych spacerów zapuszczaliśmy się w coraz bardziej odległe zakątki wioski, podziwiając wszędzie spektakularne skały ze spontanicznymi wodospadami i soczystą zieleń tropikalnych roślin. Mimo ciężkiej pracy, jaką miejscowa ludność wkłada w uporządkowanie otoczenia, niełatwo jest okiełznać przyrodę – dżungla bezustannie wdziera się w te ludzkie obejścia i w mgnieniu oka zarasta pozostawiony sobie teren.
Przechodząc obok jednego z domostw otoczonego smukłymi drzewami podobnymi trochę do palm, ale z dużymi, podłużnymi, zielonymi owocami, usłyszeliśmy głos mężczyzny. Przystanęliśmy i dopiero wtedy zauważyliśmy, że rozmawiał przez telefon trzymany ramieniem. W rękach niósł duży, podłużny, zielony owoc. Papaję znałam dobrze z czasów, gdy mieszkaliśmy na Wyspach Kanaryjskich i w Kolumbii, ale zawsze ją kupowałam dojrzałą: żółtą lub pomarańczowo-czerwoną. Mężczyzna, nie przerywając rozmowy, podszedł do nas i z uśmiechem podał mi zielony owoc.
Trochę zaskoczeni rozejrzeliśmy się dookoła, zastanawiając się, czy to dowcip, czy może wpakowaliśmy się w jakiś lokalny ceremoniał. Nic podejrzanego jednak nie dostrzegliśmy. Moją uwagę przykuło tylko rosnące nieopodal duże drzewo cytrusowe z pękatymi, zielonymi owocami podobnymi do grejpfrutów, od których ciężaru uginały się gałęzie. Mężczyzna skończył rozmowę i powiedział coś po francusku. Zrozumiałam, że wymawia nazwę tych zielonych cytrusów: pamplemousse. Kiwnęłam głową, bo już kiedyś słyszałam ten termin. Wiedziałam też, że muszę spróbować, co się za nim kryje.
Pamplemousse to duma Markizów. Można go jeszcze spotkać w innych miejscach, ale już nigdzie nie smakuje tak cudownie – słodko i kwaśno jednocześnie, z lekkim, ledwo wyczuwalnym akcentem przypominającym płatki róż. Tego dnia wróciliśmy obładowani owocami: zieloną papają, która klejącym sokiem z ogonka pobrudziła mi na amen beżową bluzkę, oraz soczystymi pamplemusami, które już na zawsze pozostaną w mojej pamięci jako owocowa rozkosz. Polinezyjczycy chętnie dzielą się nimi z przyjezdnymi, doskonale wiedząc, że już do śmierci będziemy za nimi tęsknić.
Ofiarowana zielona papaja również otworzyła nowy rozdział w moim życiu i nic już nigdy nie było takie samo. Szybko przewertowałam internet w poszukiwaniu informacji, co muszę zrobić, by ta zielepucha mi dojrzała – i żeby w tym procesie nie poszła w niewłaściwym kierunku, to znaczy za burtę. Natychmiast natknęłam się na informację, która kompletnie mnie zelektryzowała, a mianowicie: można ją jeść, gdy jest całkowicie zielona!
Obrałam ją, nie zważając na pojawiające się krople białego mleczka. Podobno zawarta w nim papaina może zmiękczyć mięso i dotkliwie uczulić ręce, ale na szczęście nie odnotowałam takiego działania. Obrany owoc umyłam, przekroiłam, wydobyłam ze środka białe nasiona i nieodzowna mandolina poszła w ruch. Po chwili miałam cienkie paski, które posiekałam nożem w słupki.
Tak przygotowaną papaję obficie polałam sokiem z limonek, które zerwałam na spacerze. W moździerzu roztarłam czosnek z solą i płatkami chili, po czym dodałam do papai razem z sosem rybnym i wszystko dokładnie wymieszałam. Gdy tylko udawało mi się zdobyć świeżą kolendrę, ona również lądowała w sałatce, którą szczerze pokochaliśmy. Z czasem udoskonaliłam ten przepis o pastę z suszonych krewetek, ale nie jest to konieczne – sos rybny sam w sobie idealnie załatwia sprawę.
Przed wypłynięciem z Fatu Hiva poszliśmy do naszego kierowcy z naszyjnikiem, żeby się pożegnać. Po przyjacielsku zaproponował nam, byśmy wzięli owoce, które rosły w jego ogródku. Z wdzięcznością przyjęłam mango i papaje. Gdy jednak zapytałam o pamplemusy, podrapał się w głowę i ruszył w kierunku dżipa, pokazując gestem, byśmy też wsiadali.
Zawiózł nas w głąb dżungli drogą, na której zwykły samochód osobowy natychmiast zostawiłby zawieszenie. Krótka, acz dynamiczna wycieczka zakończyła się w otoczeniu drzew pamplemusowych. Są one na tyle ogromne, by ich potężne gałęzie mogły udźwignąć tak pękate owoce – jeden potrafi ważyć nawet około kilograma. Rosną one jednak wysoko, przez co konieczne staje się użycie dwu - lub trzymetrowej tyczki, która jechała z nami na pace. Kierowca sprawnie operował tym długim narzędziem, a ja biegałam pośród wysokich traw i wyszukiwałam strącone pamplemusy. Wszystkie lądowały w naszej niebieskiej torbie z Ikei.
Kiedy nazbieraliśmy „na oko” około dwudziestu czy trzydziestu kilogramów, trzeba było w końcu powiedzieć „stop”. Kierowca podrzucił nas na nabrzeże, a gdy spytaliśmy, ile mamy zapłacić, tylko wzruszył ramionami. Obdarowany banknotem pomachał nam serdecznie na pożegnanie. Płacenie za podarowane owoce nie zdarzyło nam się już nigdy więcej. Zawsze były to dary od serca, otrzymywane na naszą prośbę lub zupełnie bez pytania. Tak jak od staruszki na Vanuatu, która wyszła ze swojej biednej chatynki, wręczyła mi papaję oraz zagadkowy, jasnozielony strąk przypominający podłużną paprykę. Był dość twardy i miał chrupiącą, soczystą skórkę. W jego pustawym środku kryła się nieregularna, biała pajęczyna – gąbczasta struktura, w której luźno osadzone były nasiona wyglądające jak fasolki. Musiałam później mocno przeszukać internet, by dowiedzieć się, że ta egzotyczna piękność to młoda gurdlina ogórkowata. Zjedliśmy ją z zachwytem na surowo, w całości. Smakowała jak połączenie ogórka i papryki. Wręczając mi te skarby, staruszka powiedziała po prostu, że daje nam je, by nasza podróż była przyjemniejsza.
Z pewnością podróż uprzyjemniły nam zdobyte pamplemusy. Płynęły z nami przez wiele kolejnych dni – towarzyszyły nam nawet wtedy, gdy byliśmy już na Tuamotus, stanowiąc żywe wspomnienie pięknych Markizów. Ich gruba skóra doskonale zabezpieczyła drogocenny, pyszny środek przed wyschnięciem czy zepsuciem. Miałam wrażenie, że z dnia na dzień były jeszcze słodsze i bogatsze w smaku – a może to było tylko przeczucie, że dystans, jaki nas dzielił od Markizów, boleśnie oddala nas od najpyszniejszych owoców na świecie.

Rozdział XI: Atole Tuamotus (Raroia, Fakarava, Toau)
Kasia:
Zaopatrzeniowe przygody z Fatu Hiva stanowiły dopiero przedsmak tego, co czekało nas na atolach.
Nie bez powodu Tuamotus nazywano kiedyś Wyspami Niebezpiecznymi. Dawni żeglarze bali się wchodzić do atoli z powodu niedokładnych map lub ich całkowitego braku. Atol wystaje ponad poziom morza zaledwie na jakieś dwa, trzy metry, więc z daleka jest kompletnie niewidoczny. Na zewnątrz koralowego pierścienia nie da się rzucić kotwicy, by bezpiecznie przeczekać noc, a wpłynąć do środka należy o ściśle określonej porze i przy odpowiednich warunkach.
Wejście do wnętrza bezpiecznej laguny prowadzi przez wąskie przesmyki, tak zwane pasy. Woda wlewająca się i wylewająca z laguny podczas przypływów oraz odpływów tworzy tam gigantyczne prądy, wiry i wysokie fale stojące, które w przeszłości bez trudu niszczyły statki.
Naszą eksplorację Tuamotus zaczęliśmy od Raroia, która plasuje się dość wysoko w rankingu tych niełatwych i zdradliwych miejsc. To był nasz pierwszy w życiu atol, więc oprócz wielkiej ekscytacji odczuwaliśmy też swego rodzaju tremę. Kiedyś, gdy rozmawialiśmy ze znajomymi żeglarzami o nawigacji w takich miejscach, opowiadali, że ktoś na oku wspinał się na maszt, by z większej wysokości dostrzec podwodne przeszkody i przekazywać sternikowi instrukcje, jak w nie nie walnąć. My przez moment rozważaliśmy dokupienie sonaru patrzącego do przodu, ostatecznie jednak cała odpowiedzialność zawisła na moim sokolim oku. To ja miałam siedzieć na dziobie i dostrzec potencjalne zagrożenie w porę sygnalizując je kapitanowi.
Układaliśmy strategię wejścia. Porównywaliśmy mapy i analizowaliśmy zdjęcia satelitarne, na których wyraźnie widać było, że przeszkody rzeczywiście istnieją. Na Google Maps Raroia wygląda jak granatowa fasolka z wyraźnie zaznaczonymi krawędziami, odcinającymi ją od błękitnego oceanu. Jednak gdy przybliży się obraz, atol zaczyna przypominać ciemnogranatowe niebo upstrzone tysiącami gwiazd. Kolejne zbliżenie uświadamia pasjonującą, ale i przerażającą prawdę: rzeczone gwiazdy to jaskrawo odbijające światło słoneczne, płytkie formacje skalne, tylko czekające na zagapionego żeglarza.
Warunki były idealne. Bezwietrzna pogoda i bezchmurne niebo w samo południe gwarantowały świetną widoczność, konieczną do przejścia przez czekające nas pole minowe. Z drugiej strony oznaczało to dla mnie ryzyko udaru lub dotkliwego poparzenia słonecznego przy dłuższej ekspozycji.
Przed wejściem do atolu stanęliśmy w dryfie, wyczekując na slack wysokiej wody. W czasie, gdy gorączkowo się nawadniałam, ubierałam, smarowałam odkryte części ciała kremem z filtrem SPF i dobierałam okulary, nagle postanowiły nas odwiedzić nierobiące sobie nic z powagi sytuacji delfiny. Cała rodzinka z młodym podpłynęła do dziobu i rozpoczęła harce. Zwierzęta ocierały się o nasz kadłub i prychały wodą tak mocno, że wyraźnie czułam zapach rybki zjedzonej przez nie na lunch. Czasami łypały na nas okiem, rozkosznie wywracając się na boki i plecy, a kiedy indziej kłapały pyskami, wydając z siebie wysokie piski. My też piszczeliśmy z zachwytem. Było to mistyczne, wręcz ekstatyczne przeżycie, które kompletnie rozładowało nasz stres.
Delfinia rodzina w końcu odpłynęła, a i na nas przyszła pora. Ruszyliśmy w kierunku wejścia.
Marek:
W miarę zbliżania się do wąskiej szczeliny w rafie pojawiło się napięcie. W samym kanale prąd mocno dawał o sobie znać. Wiedziałem, że prąd utrzymuje się jeszcze jakiś czas po slacku, ale nie przypuszczałem, że aż tak mocno będzie napierał. Dopiero cała naprzód pozwoliła utrzymać kurs. Po kilku minutach zmagań rozpostarła się przed nami gładka jak stół laguna. Mogliśmy co prawda stanąć zaraz przy wejściu, gdzie toczy się codzienne życie mieszkańców jedynej małej wioski Raroia, ale postanowiłem przepłynąć na drugą stronę atolu z powodu zapowiadanego silnego wiatru. Pierścień koralowej rafy doskonałe chroni przed zafalowaniem. Kasia wypatrywała wyrastających z dna głów koralowców, zwanych bommies, głównie tych, które nie gwarantowały nam stopy wody pod kilem. Stojąc za sterem, pierwsze wypłycenie zobaczyłem dopiero na trawersie tuż przy burcie. Woda przed dziobem odbijała blask słońca, kompletnie skrywając świat podwodny. Upewniłem się, czy Kasia widziała tę przeszkodę — wszystko jest pod kontrolą — usłyszałem. Mieliśmy umówiony system gestów nawigacyjnych, który sprawdził się znakomicie.
Kasia:
Zakutana w długie rękawy, czapkę z daszkiem i szal, umościłam się wygodnie w koszu dziobowym i rozpoczęłam obserwację. Okazało się, że podwodne rafy są całkiem dobrze widoczne. Dostrzegałam je z poziomu dziobu na tyle wcześnie, że Marek bez problemu korygował kurs, by je ominąć. Nie były też aż tak gęsto usiane jak sobie wyobrażałam. Siedzonko w koszu początkowo wydawało się wygodne, jednak dziesięć mil spędzonych na twardej ławeczce okazało się średnio komfortowe. Cieszyłam się, że pomyślałam o szalu, bo palące słońce co chwilę dopadało, a to moją stopę, a to kolano, przysmażając je bezlitośnie. Potem sobie pomyślałam, że osłonięta czarnym jedwabnym szalem musiałam wyglądać osobliwie na tym dziobie – jak Buka albo co.
W miejscu, gdzie zamierzaliśmy zakotwiczyć, stało już kilka jachtów. Zwyczajowo opłynęliśmy je wkoło, by wybrać najdogodniejszą miejscówkę, po czym rzuciliśmy kotwicę.
Marek:
W tej kryształowo czystej wodzie wszystko widać. Wybrałem jasno świecącą plamę złotego piasku. Kotwica spadła w sam środek na głębokości 12 metrów. Kolejne 10 metrów łańcucha ułożyło się na piasku. Dookoła były czarne plamy i sterczące kilkumetrowe koralowce. Kasia dała całą wstecz. Łańcuch powoli zaczął się napinać. Taka widoczność dna ułatwia bardzo kotwiczenie. Tak było na Bahamach, San Blas i jeszcze w kilku miejscach, ale w atolu ma to szczególne znaczenie, gdyż do dyspozycji jest tylko kilka metrów dna wolnego od korali. 
Jeszcze bardziej wstecz - i zobaczyłem, jak kotwica zakopuje się i po chwili znika. Luz. Teraz konieczne stało się wydanie kolejnych minimum 30 merów łańcucha pośrodku „pola minowego”. Podpłynąłem dziobem nad kotwicę i wybrałem kilka metrów łańcucha. Przywiązałem pierwszy odbijacz i lekko cofając wydałem kolejne 10 metrów i przywiązałem kolejny odbijacz. Łącznie użyłem czterech odbijaczy. Tym sposobem stałem na kotwicy solidnie zakopanej z podwieszonym łańcuchem nad koralowcami. Lekcja, jaką pobrałem przy takim kotwiczeniu: należy przygotować odbijacze na krótkich linkach z karabińczykiem na końcu. Wiązanie do łańcucha słabo się sprawdza. Trzeba też pamiętać, że podnoszenie kotwicy i odwiązywanie odbijaczy muszą przebiegać sprawnie, gdyż nie wiemy w jakich warunkach przyjdzie nam wykonywać te czynności.
Kasia:
Po pierwszej nocy w atolu przyszła spodziewana zmiana pogody i zaczęło solidnie dmuchać. Wychodziliśmy co jakiś czas na pokład, by sprawdzać, jak stoimy, co przy zmieniających się warunkach jest zawsze dobrą praktyką. W pewnym momencie zauważyłam, że brakuje jednego odbijacza. Natychmiast zaalarmowałam Marka, bo co jak co, ale odbojów Neptunowi nie oddajemy!
W głowie od razu odpaliło mi się wspomnienie z dawnych czasów w Chorwacji. Pływaliśmy wtedy z przyjaciółmi rekreacyjnie, od portu do portu, wizytując po drodze liczne zatoczki. Dopiero wyszliśmy z mariny, gdy zorientowaliśmy się, że jeden niezbyt dokładnie przywiązany odbój wybrał wolność. Odpychany dość sporymi falami, dryfował już w siną dal za naszą rufą.
Zaalarmowany kapitan natychmiast wydał komendę: „Odbój za burtą!”. W jego głowie nastąpiła szybka analiza: manewr monachijski czy pętla ratownicza? Wybrał to drugie. Razem z Beatą, jako najbardziej doświadczone żeglarki na pokładzie, zostałyśmy wyznaczone do wykonania misji podjęcia uciekiniera. Reszta załogi, która spędzała na morzu swoje pierwsze minuty w życiu, siedziała lekko przerażona naszymi dziwnymi zachowaniami i bojowymi okrzykami:
– Do zwrotu przez sztag! Cel na dwunastej, dwadzieścia metrów!
– Cel na trzeciej, pięć metrów!
– Cel na szóstej, dwa metry!
Marek, instruowany przez Beatę pełniącą funkcję oka, sprawnie manewrował jachtem, by zbliżyć się do celu. Ja w tym czasie wychylałam się, trzymając za reling niczym na lekcji zaawansowanej jogi, próbując dzierżonym w ręce bosakiem zahaczyć niesfornego, niewspółpracującego załoganta. Chwilę trwało, zanim pokonałam opór materii w postaci obracanego przez fale kuprem do mnie odbijacza. W końcu jednak zaczepiłam hak o linkę i razem z Beatą, która przez cały czas asekuracyjnie mnie trzymała, triumfalnie wyjęłyśmy dziada z wody.
Przemek, w niemym zdumieniu obserwujący całą tę akcję z kokpitu, wydusił z siebie w końcu:
– Drogi jest taki odbój?
– Też – padła krótka odpowiedź. – Ale jak nie musimy, nic morzu nie oddajemy – wyjaśnił spokojnie kapitan.
Tym razem - na Raroia nie mieliśmy na pokładzie załogi, więc bez zbędnych ceregieli wskoczyliśmy w ponton, odpaliliśmy silnik i popłynęliśmy z wiatrem – czyli w jedynym kierunku, w jakim mógł oddalić się odbój. Na szczęście na drodze jego ucieczki znajdował się pobliski brzeg rafy.
Niebo całkowicie się zachmurzyło, a wiatr osiągnął już swoje apogeum, dmuchając z siłą ponad dwudziestu węzłów. Z przejrzystej wody, w której poprzedniego dnia z zachwytem oglądaliśmy podwodne koralowce i witające nas rekiny rafowe krążące wokół łódki, nie zostało absolutnie nic. Silne zafalowanie prawie uniemożliwiało dostrzeżenie czegokolwiek pod wodą. W miejscach, gdzie koralowce sięgały tuż pod powierzchnię i mogłyby nam uszkodzić śrubę, wyraźnie „gotowała się” woda. Omijaliśmy więc potencjalnie groźne bommies, by dostać się wreszcie na plażę.
W tym całym pośpiechu zapomnieliśmy zabrać butów, więc pierwszy kontakt naszych stóp z podłożem zaowocował donośnym:
– Ała! – moim najgłośniejszym.
Plaże na atolach bywają piaszczyste, ale znacznie częściej składają się z ostrych, pokruszonych koralowców. Nadepnięcie na nie boli porównywalnie do stąpnięcia na klocek LEGO. Wróć! Na cały rozsypany zestaw klocków LEGO. Przywiązaliśmy do krzaków ponton, by cofająca się fala nam go nie zabrała, i rozdzieliliśmy się, by patrolować brzeg w dwóch przeciwnych kierunkach.
Zupełnie nie tak wyobrażałam sobie spacery po polinezyjskiej plaży. Romantyzm umknął niczym odbijacz z łańcucha i schronił się gdzieś głęboko w gęstych, przybrzeżnych zaroślach.
Marek musi mieć chyba znacznie grubszą skórę na podeszwach, bo bez mrugnięcia okiem wszedł boso prosto w splątany gąszcz i po chwili namierzył uciekiniera. Ja natomiast kompletnie nie potrafiłam odnaleźć się na tym „spacerze”. Patrolowałam swój odcinek blisko pontonu, rozglądając się bacznie, brodząc w ciepłej wodzie i stąpając delikatnie na paluszkach – wszystko po to, by jak najmniejszą powierzchnią stopy mieć kontakt z tym upiornym podłożem.
Gdy tylko zobaczyłam, że Marek wraca z krzaków ze zgubą w ręku, z ogromną ulgą wskoczyliśmy z powrotem do dinghy i razem z odzyskanym odbijaczem zrobiliśmy powrotny rajd, przedzierając się pod wiatr i walcząc z zalewającymi nas raz po raz cieplutkimi falami.
Pogoda przytrzymała nas w atolu dłużej niż się spodziewaliśmy, ale wcale z tego powodu nie cierpieliśmy. Codziennie pływaliśmy na brzeg, gdzie łaziliśmy po dżungli, zrywaliśmy kokosy i zawieraliśmy znajomości z resztą żeglarskiej braci. Razem łupaliśmy orzechy w tutejszym „yacht clubie” – jak dumnie informował napis wystrugany kozikiem na zawieszonej deseczce. Za przytulność tego miejsca odpowiadały artystycznie porozwieszane fragmenty podartych sieci rybackich, jakieś bojki i inne śmieci, które oddał Neptun.
Centralnym punktem yacht klubu był wbity w ziemię kilof. Służył on do nabijania nań kokosów i mozolnego odzierania ich z zielonej, grubej i włóknistej powłoki. Wszystko po to, by potem jednym, sprawnym ciosem przebić odsłoniętą skorupę, tak by nie uronić ani kropli cudownego napoju z wnętrza orzecha. Choć, mówiąc szczerze, nie zawsze się to udawało.
Źródło klubowych dekoracji odkryliśmy, gdy po raz pierwszy poszliśmy na zewnętrzną krawędź atolowego pierścienia. Im bardziej zbliżaliśmy się do oceancznego wybrzeża, tym mocniej zmieniał się budulec rafy – koralowiec stopniowo ustępował miejsca śmieciom. Chodziliśmy po kanciastych, wapiennych elementach rafy, które były przemieszane z plastikowymi klapkami, połamanymi kanistrami czy fragmentami opon samochodowych. Wszystko to naniosła woda, mówiąc bezgłośnie: „Zwrot do nadawcy”. Smutny to był widok.
Innych atrakcji atolowych mieliśmy jeszcze zakosztować w jakąś niedzielę – albo może poniedziałek, który wyglądał dokładnie jak niedziela. Kto by się tym zresztą przejmował. Wczesnym popołudniem przypłynęła do nas urocza sąsiadka z katamaranu i rzuciła hasło, że na plaży kroi się party z miejscowymi. Bez zbędnej zwłoki popędziliśmy do wskazanego miejsca, by nie uronić ani chwili z zapowiadanej imprezy.
Przy brzegu zaparkowane już były pontony innych kruzerów, a pod palmą usadowiło się dwóch barczystych Polinezyjczyków wytatuowanych w tradycyjne wzory. Obok leżało ukulele, a oni sami zajęci byli wyplataniem z liści palmy. Żeglarki stały jak wryte, wpatrzone pożądliwym wzrokiem w powstające w ich zręcznych palcach kapelusze i torebeczki.
Nieopodal krzątała się kobieta w długiej, falującej spódnicy, opadającej miękko na wydatne biodra. Częstowała wszystkich chętnych białą rybą pokrojoną w kostkę i zamarynowaną w soku z limonki. Przedstawiła się jako żona jednego z wyplataczy i właścicielka lokalnego sklepu na motu (wiosce) przy wejściu do atolu. Impreza się rozkręcała, a wszyscy gawędzili ze wszystkimi.
Skubnęłam malutki kawałek ryby i pochwaliłam smak, ale wolałam skupić się na sztuce wyplatania oraz rozmowie z właścicielką sklepu. Na co dzień nie jemy lokalnych ryb z bardzo prostego powodu: zagrożenie ciguaterą – niebezpieczną toksyną zawartą w mięsie ryb rafowych – jest tu zbyt duże. Nie poruszałam jednak tego tematu z Polinezyjką. Nie chciałam, by poczuła się niezręcznie, niczym ktoś, kto z czystego serca częstuje swoich gości trucizną. Wiem, że tutejsi twierdzą, iż mają własne, niezawodne sposoby na rozpoznanie sztuk wolnych od toksyny. Nasza przyjaciółka, która od kilku lat mieszka na Markizach, regularnie jada lokalne ryby, ufa intuicji miejscowych i czuje się świetnie. My jednak z żalem całkowicie zrezygnowaliśmy z opcji rybnej w naszej diecie. Za duże ryzyko. Na Pacyfiku bezpiecznie pozostaniemy przy sardynkach i anchois z puszek. Nie wyłączając kokosów. O nich również czegoś niezwykłego dowiedzieliśmy się tego popołudnia. Miejscowi pokazali nam nie tylko, jak je sprawnie otwierać, ale też to, że w tej roślinie jadalne są rzeczy, o których laik nie ma pojęcia. Polinezyjczyk wyrwał z ziemi młodą siewkę palmy, mającą zaledwie trzy liście, i dał mi ją spróbować. Jej łodyżka była cudownie słodka i chrupiąca. Potem rozłupał stary, porośnięty już orzech i pokazał nam jego środek, z którego wydobył tłustą, puszystą i niesamowicie słodką gąbkę.
Drugi wyplatacz przerwał produkcję kapeluszy, wziął w ręce ukulele, po czym zaczął grać i śpiewać. Po chwili dołączył do niego jego pobratymiec, a zaraz po nim jeden z żeglarzy, tworząc niezwykle egzotyczne trio.
Polinezyjka bezustannie zmysłowo kołysała biodrami i drobiła kroczki w zmysłowy sposób. Rozpoczął się kolejny punkt programu – dla nas prawdziwy gwóźdź imprezy: lekcja tańca. Kobieta wykonywała te ruchy z taką lekkością, jakby odziedziczyła je w genach. Nie dysponując tak wspaniałym spadkiem, my, żeglarki, miałyśmy ogromną trudność, by powtórzyć je z choćby zbliżoną, naturalną swobodą.
Z odsieczą przyszedł nam Polinezyjczyk, który niespodziewanie zarządził szybki kurs Haki. Ustawił nas wszystkich w równym rzędzie w wodzie po kolana, sam stanął naprzeciwko i zaintonował ociekającą egzotyką oraz tajemnicą melorecytację:
– Ka mate, ka mate! Ka ora, ka ora!
Stał w rozkroku na ugiętych kolanach i wykonywał potężne, niezwykle energiczne gesty, które staraliśmy się wiernie odwzorować. Uderzał rytmicznie otwartymi dłońmi w masywne uda, a potem w mocno wytatuowaną klatkę piersiową. Prężył muskuły, tupał rozchlapując wodę i imitował pięściami gesty walki. Choć na początku było sporo śmiechu i oczywistej nieporadności, to wizerunek wielkiego Polinezyjczyka dzielącego się z nami swoją wielopokoleniową spuścizną szybko kazał nam przybrać odpowiednią powagę i pełne zaangażowanie.
Nasz instruktor bez oporów wytrzeszczał oczy i demonstrował wojownicze grymasy, daleko wysuwając język i złowrogo wyszczerzając białe, równe zęby. Nadawało to jego twarzy skrajnie inny, groźny wyraz – tak różny od tego, gdy chwilę wcześniej szczerzył je w serdecznym uśmiechu. W powietrzu unosiło się niesamowite, pierwotne napięcie. Ta pieśń zdawała się zmieniać nie tylko jego, ale i nas wszystkich.
Patrzyłam z niedowierzaniem na to międzynarodowe towarzystwo – mieliśmy tam Niemców, Amerykanów, Francuzów i Kanadyjczyków – stojące po kolana w krystalicznie czystej wodzie, tuż przy plaży z różowym piaskiem. Gdzieś nieopodal, zupełnie niezrażone naszymi bojowymi okrzykami, leniwie przemykały małe rekinki rafowe. Energia tego spotkania i przeżytych emocji chyba już na zawsze będzie poruszać, jakieś struny w moim sercu.
Nasi gospodarze odpłynęli swoją łodzią motorową już po zachodzie słońca. Ruszyli w głąb laguny, nie robiąc sobie absolutnie nic z nieoznakowanych raf. Mapę podwodnych skał również mają chyba zapisaną w genach.
Nie wybrałyśmy się na zakupy do sklepiku Polinezyjki. Przez dwa czy trzy tygodnie, jakie tam spędziliśmy, przytrzaśnięci pogodą, kombinowałam z kokosami i uszczuplałam spiżarkę zaopatrzoną jeszcze w Meksyku. Kokosy i pozyskiwanie kopry na atolach to częste źródło dochodu miejscowej ludności. W wielu miejscach widzieliśmy blaty zbite z desek, na których suszyły się przepołowione orzechy, czekające na odbiór i dalsze wykorzystanie.
Ja nie tłoczyłam oleju – choć to główne zastosowanie tego surowca w przemyśle. Na wstępie należy zaznaczyć, że samodzielne zdobycie kokosów wcale nie jest proste, bo najpierw trzeba je zerwać. Rzadko zdarza si spotkać takie, które rosną na wyciągnięcie ręki – choć parę razy nam się to udało. Gdy ma się szczęście, są tylko trochę wyżej i wtedy trzeba uzbroić się w odpowiednie narzędzie. W naszym przypadku idealnie przydawał się duży, metalowy hak do wyciągania ryb, który od czasu, gdy przestaliśmy łowić, wisiał bezużytecznie. Przeważnie jednak kokosy rosną bardzo wysoko. Nie znam zbyt wielu śmiałków, poza naszym przyjacielem Zenkiem, którzy właziliby na palmę. Zenek wszedł, ponieważ drzewo rosło, zwieszając się prawie poziomo nad laguną w atolu, a on chciał mieć i kokosy, i ładne zdjęcie. Nawet mając orzechy w zasięgu ręki, zerwanie ich nie jest łatwe – wymaga użycia sporej siły i cierpliwego okręcania ogonka.
Przytarganymi na jacht kokosami udało nam się uszkodzić większość noży, gdyż nasza maczeta z Kolumbii okazała się zupełnie nieodporna na morskie warunki i zardzewiała doszczętnie. Marek uciekał się więc do rozmaitych sposobów, aby dostać się do wnętrza orzechów: niezwykle przydatna okazała się zarówno piła do drewna, jak i wiertarka. Wydłubywanie białego środka było już moim zajęciem. Większość urobku zwykle zjadaliśmy, chrupiąc go jak czipsy, a gdy coś się uchowało, robiłam mleko kokosowe. Mój Thermomix świetnie się do tego nadawał. Ciachał twardy, tłusty miąższ na papkę, którą następnie zalewałam podgrzaną wodą. Później wystarczyło to przecedzić i gotowe.
Czasem przywoziliśmy zielone kokosy, w których wyraźnie słychać było chlupot. Wówczas kluczowe stawało się dostanie do środka bez uświnienia naszego jasnego pokładu. Łupiny kokosa brudzą wszystko podobnie jak świeże orzechy włoskie. Cenna woda kokosowa musiała być szybko schłodzona, bo po otwarciu owocu błyskawicznie się psuje – w lodówce wytrzymuje dzień, góra dwa. Dodawałam do niej czasem witaminę C w proszku, która trochę wydłużała jej trwałość. W wielu tropikalnych krajach można zresztą kupić świeżą wodę kokosową zamrożoną na kość w małych butelkach od wody mineralnej. W sklepach spożywczych na Dominikanie, czy w Kolumbii te buteleczki leżały w zamrażarkach obok worków z lodem i nie miały szczególnych etykiet, poza naklejoną datą.
Opuszczaliśmy kotwicowisko na Raroia ze smutkiem, czując bardzo wyraźnie wyjątkowość tego miejsca. Wydawało się, że powrotne przedzieranie się przez pole minowe boomisów będzie prostsze. Ale, jak się szybko okazało, kluczową rolę odgrywa tutaj pogoda.

Marek:
Zaraz po podniesieniu kotwicy chmury szybko ciemniały, poderwał się wiatr, po chwili woda się zmarszczyła. Zaczęło padać. Widoczność w tych warunkach była mocno ograniczona. Próba powrotu po własnym tracku na ploterze nie gwarantowała bezpieczeństwa, gdyż w wielu miejscach omijałem bommiesy przy dobrej widoczności w odległości 1-2 metrów. Podążanie własnym śladem na ploterze w tych warunkach przy wietrze i w deszczu nie gwarantuje takiej dokładności. Nadal polegałem głównie na tym, co widzi Kasia na dziobie. Przed oczami miałem satelitarną fotkę atolu na telefonie. Planowany postój przy pomniku Kon-Tiki musiałem odwołać. Powoli w skupieniu zmierzaliśmy w stronę kanału, który wypuścił nas na otwarty ocean.

Kasia:
Burzowa chmura przemoczyła mnie, owiała i wychłodziła tak, że szczękałam zębami, przytulając się do zwiniętej mokrej gieni.
Widoczność pogorszyła się drastycznie. Odbicie zachmurzonego nieba zabarwiło powierzchnię wody na jednakowo stalowy kolor i tylko baczna obserwacja charakterystycznie łamiących się na wypłyceniach fal pozwalała na dostrzeżenie przeszkód. (…)
—————
Co zrobić, jak kupisz w australijskim Costco wyrób kiełbasoPolishpodobny wyprodukowany w Wisconsin? Bo jak nie masz dobrych okularów pod ręką albo polska dusza będzie silniejsza od uniwersalnego rozumu, albo Marek będzie popędzał i odjeżdżał już z koszykiem w siną dal, to wtedy kupisz. Duże literki naściemniają o niedodawaniu sztucznych dodatków i o stuprocentowym wieprzowym mięsie. Zdjęcie pokazuje grillowaną kiełbaskę w bułce. Z musztardą. No przecież nikt zdrowy na umyśle nie grilluje parówy! Więc do głowy Ci nie przyjdzie, że jednak bywa i tak.
Najpierw szybko pozbądź się złudzeń. Złudzenia, że po otwarciu poczujesz znajomy zapach wędzonej kiełby – bo jak wiadomo, kiełbasa pachnie, a nie śmierdzi – są zupełnie niepotrzebne! Zrozum, że Polish brat smoked sausage to może i brat, ale na pewno nie kiełbasa i nawet nią nie pachnie. Jeśli coś z daleka pachnie parówką, wygląda jak parówka i smakuje jak parówka, to jest to parówka. Tyle że chamska parówka doprawiona słodkim syropem kukurydzianym. I dekstrozą. Czy moglibyśmy wystosować notę dyplomatyczną, by natychmiast ten podmiot, który ją wyprodukował, zaprzestał szkalowania Polaków? I kiełbasy?
Jeśli jednak już się wydarzyło to nieszczęście i abominacja w czystej formie leży w lodówce i ciąży jak wyrzut sumienia, to ze łzami w oczach pokrój cebulę w kostkę i podsmaż ją na jakimś tłuszczu – wszystko jedno jakim – oni też do tej parówy dodali byle co. Ty za to do cebuli dodaj liść laurowy, czosnek i majeranek. Możesz też na tym etapie wrzucić pokrojoną w plastry tę polskopodobną parówę. Niech przejdzie szlachetnymi przyprawami. Możesz też dodać kminek – mielony albo cały. Ja lubię cały. Nie przeszkadza mi, jak jakiś rozgryzę. Borze szumiący, ja to lubię! Ale ja jestem dziwna, więc jeśli ty nie lubisz, nie dawaj. Ale mielony daj, bo podobno przeciwdziała fasolowemu wzdymaniu. Bo to będzie fasola po bretońsku.
Oczywiście, że powinna się nazywać po peerelowsku albo po Stołówkowemu, ale to Bretania padła ofiarą i oskarżono ją o autorstwo tego prymitywnego przepisu. Bo przepis zwykle był prymitywny. W garze lądowały jakaś tłusta kiełbasa zwyczajna, fasola i koncentrat pomidorowy. Albo parówka. Na obozie żeglarskim zawsze, gdy mieliśmy parówkę na śniadanie, wiadomo było, że na obiad będzie to niefinezyjne danie.
Ty zrób finezyjnie. Do podsmażanej cebuli wrzuć anchois i trzymaj chwilę na małym ogniu (pilnuj, żeby nie spalić ziół) tak, aby filety się rozpadły. Potem dodaj koncentrat pomidorowy lub pomidory świeże, które trzeba obrać ze skórki lub z puszki. Możesz też zrobić mix – tak jak ja: dwie łyżki koncentratu i kilka pomidorów, które już nie wyglądały. Miałam w lodówce trochę przesmażonego wędzonego boczku – również dodałam. Aby podbić wędzony smak, dorzuciłam sporą łyżkę ostrej pasty z wędzonej papryki ancho. Ty możesz dać wędzonej papryki w proszku, jak nie masz tego meksykańskiego specjału. Jak już chwilę popyrka, dorzuć fasolę z puszki – ja miałam elegancką włoską Bianchi di spagna – czyli białą i niezbyt drobną. I to już wszystko. No, może poza pieprzem, którego dodaj i nie żałuj. Tadam! Wyżywienie na czas wachty masz z głowy.

_________________
Marek (dawniej Jeanneau - wszystko się kiedyś kończy)
Czas ruszać. www.newkate.com



Za ten post autor -O- otrzymał podziękowania - 2: Maar, Wojciech
Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 27 cze 2026, o 09:42 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 17 mar 2018, o 10:11
Posty: 136
Lokalizacja: Hamburg / Borówiec, gmina Kórnik
Podziękował : 93
Otrzymał podziękowań: 112
Uprawnienia żeglarskie: kapitan jachtowy
Skoro rozważacie napisanie książki, to koniecznie powinniście to zrobić!
Dlatego, że macie o czym pisać - mnóstwo tematów, przeżyć, sytuacji, krajów, oceanów, ludzi.
No i jak wynika z wcześniejszych tekstów - potraficie pisać.
moje odp. na pytania:
Pisanie w duecie mnie ciekawi, nie zakłóca rytmu - wyróżnienie narracji krojem czcionki jest dobre dla przejrzystości tekstu.
Kulinaria i przepisy wplecione w tekst - fajny pomysł. Może też pozbierać przepisy w jednym miejscu. Żeby potem nie było wertowania książki w kuchni, brudnymi paluchami, bo był tam fajny przepis, ale teraz nie umiem go znaleźć.
Technikalia - b. ważne dla książki, wg. mnie powinny być wprost w tekście, dla przejrzystości może oddzielone akapitami.
Oczekiwania - wszystko co wymieniłeś w tym punkcie.
filmiki na YT - nie mam zdania.

Nie wiem jak się pisze książki, czy na początku się określa obiętość (ilość słów/stron), czy może na końcu się przycina / wyrzuca niektóre elementy, bo różne redaktory się wtrącają?
Ważne, żeby w WASZEJ książce znalazło się wszystko to, co WY uważacie, że powinno w niej być!

_________________
W pojedynku człowieka ze spinakerem, jestem zawsze po stronie człowieka.



Za ten post autor kohoutek otrzymał podziękowania - 3: -O-, Catz, Kasia_z_NewKate
Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 27 cze 2026, o 15:00 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 24 maja 2008, o 17:28
Posty: 2071
Lokalizacja: Nowa Zelandia
Podziękował : 787
Otrzymał podziękowań: 1717
Uprawnienia żeglarskie: nie posiadam
Wielkie dzięki za tak konkretne i rzeczowe odpowiedzi na nasze pytania! Bardzo nam pomogłeś.
Pomysł z zebraniem przepisów kulinarnych w jednym miejscu (np. w formie małego aneksu na końcu książki) jest genialny. Rzeczywiście, wertowanie stron w kambuzie brudnymi paluchami w poszukiwaniu idealnego przepisu na oceaniczny chleb mogłoby się źle skończyć dla papieru! Na pewno to wykorzystamy.
Co do Twoich pytań o to, jak się pisze książkę: zazwyczaj na początku określa się ramy (np. przybliżoną objętość), żeby nie stracić kontroli nad całością, ale ostateczne cięcia i szlify i tak robi się na sam koniec. A redaktorzy? Dobry redaktor to przyjaciel, który pomaga oszlifować diament, ale masz stuprocentową rację – to ma być NASZA książka, NASZA historia i obiecuję, że nie pozwolimy wyciąć z niej tego, co dla nas najważniejsze!

_________________
Marek (dawniej Jeanneau - wszystko się kiedyś kończy)
Czas ruszać. www.newkate.com


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 27 cze 2026, o 18:09 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 7 paź 2010, o 14:59
Posty: 5627
Lokalizacja: Kraków
Podziękował : 3282
Otrzymał podziękowań: 3055
Uprawnienia żeglarskie: ciut ciut
1. Pisanie w duecie: Jak odbieracie przechodzenie z perspektywy Kasi do mojej? Czy taka przeplatanka narracji Was ciekawi, czy raczej wybija z rytmu? W książce zamierzamy wyróżnić te narracje krojem czcionki.

Bardzo lubię taką konwencję, pozwala spojrzeć na te same wydarzenia z różnej perspektywy, urozmaica narrację. Fajnie jest, gdy oba spojrzenia się różnią :) Wyróżnienie czcionką jest dobrym pomysłem.

2. Kulinaria i przepisy: Kasia planuje wpleść w tekst patenty kulinarne i konkretne przepisy z rejsu (w próbce widać już wstęp do tego tematu). Czy to trafiony pomysł na urozmaicenie książki podróżniczej?

Bardzo dobry pomysł, podobnie jak opisywanie lokalnych produktów czy np. owoców, jak w zamieszczonym fragmencie.

3. Technika kontra laik: W moim fragmencie piszę o kotwiczeniu głębinowym, metrach łańcucha i linie. Będą awarie, smaczki nawigacyjne itp. Czy Waszym zdaniem technikalia powinny być podawane wprost w tekście? Jeśli tak, to jak to ograć (np. ramki, przypisy, tło), żeby laik mógł to łatwo pominąć, a żeglarz nie czuł niedosytu?

Jeśli odbiorcą mają być nie tylko żeglarze, ale tez ludzie po prostu ciekawi świata, to oddzielenie dłuższych fragmentów tekstu, dotyczących technikaliów może mieć sens. Ale bez takich wyróżników też może być ciekawie, gdy np. Ty opiszesz technicznie szczegółowo i poradnikowo, a Kasia opisze to samo tylko jakoś kontrastowo i nietechnicznie, na przykład pokazując humorystyczną stronę wydarzenia (bo przecież z niemal każdej awarii, po latach zaczynamy się śmiać ;) ) albo jak miala inne zdanie na temat danego rozwiązania technicznego... cokolwiek kontrastowego do suchego opisu

4. Oczekiwania: Czego Wy oczekujecie od współczesnej książki żeglarskiej? (Więcej przygody, przyrody, psychologii, realiów życia w różnych miejscach, walki z żywiołem, życia na jachcie, pokonywania długich przelotów, inne sugestie).

Tak ;) Czyli wszystkiego z wymienionych. Ale nade wszystko: żeby się dobrze czytała, czyli pewnej lekkości, humoru, ale może być czasami poważniej, byle tylko nie nudno.
Tu dodam jeszcze, że ważna jest dla mnie typografia książki. Są takie, których się nie chce czytać, bo zostały źle zaprojektowane typograficznie i po prostu męczą.

Będzie o ludziach, tych z którymi utrzymujemy kontakt na odległość i tych których spotykamy na naszej drodze.

Super! Nawet kilka zdań o spotkanych ludziach może opowiedzieć o nich całą historię.

5. Co sądzicie o kodach QR kierujących czytelnika do klipów w filmikach na YT , które wiążą się z czytanym tekstem?

Bardzo dobry pomysł.
Trzymam kciuki i powodzenia!

_________________
Pozdrawiam,
Smoczyca

"Evil starts when you begin to treat people as things." PTerry



Za ten post autor Janna otrzymał podziękowania - 2: -O-, Kasia_z_NewKate
Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 28 cze 2026, o 11:13 

Dołączył(a): 28 cze 2026, o 04:06
Posty: 2
Podziękował : 2
Otrzymał podziękowań: 4
Uprawnienia żeglarskie: żeglarka
Janna napisał(a):
Fajnie jest, gdy oba spojrzenia się różnią

Twój pomysł na ogrywanie technikaliów przez kontrast totalnie nas zachwycił. Tylko musimy uzgodnić, jakie sytuacje, w których się różniliśmy pokażemy w książce. Przecież nikt nie chce rozwodu :D ;)
Uwagi o typografii też bierzemy mocno do serca – książka musi cieszyć oko i dobrze się czytać.Dzięki za kciuki i do usłyszenia na kolejnych etapach naszej literackiej podróży!



Za ten post autor Kasia_z_NewKate otrzymał podziękowania - 2: Janna, Maar
Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 29 cze 2026, o 22:28 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 24 mar 2009, o 17:32
Posty: 1482
Lokalizacja: Turowice /k.Konstancina-Jeziorny
Podziękował : 619
Otrzymał podziękowań: 484
Uprawnienia żeglarskie: bezpatencie
-O- napisał(a):
Co sądzicie o kodach QR kierujących czytelnika do klipów w filmikach na YT , które wiążą się z czytanym tekstem?

Generalnie spoko ale zwróć uwagę, że jeśli konto lub film zostaną usunięte to nie da się tego naprawić. Link będzie prowadził w krzaki na zawsze.

ALE jeśli zrobisz konto z filmami i tam będziesz odsyłał + gdzieś informacja "co jeślli film nie działa" odsyłająca do konta o danej nazwie to powinno zagrać.


Ostatnio edytowano 30 cze 2026, o 01:07 przez Janna, łącznie edytowano 1 raz
Poprawiłam źródło cytatu z Janna na -O-



Za ten post autor sirapacz otrzymał podziękowania - 2: -O-, Maar
Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 30 cze 2026, o 13:15 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 24 maja 2008, o 17:28
Posty: 2071
Lokalizacja: Nowa Zelandia
Podziękował : 787
Otrzymał podziękowań: 1717
Uprawnienia żeglarskie: nie posiadam
sirapacz napisał(a):
ALE jeśli zrobisz konto z filmami i tam będziesz odsyłał + gdzieś informacja "co jeślli film nie działa" odsyłająca do konta o danej nazwie to powinno zagrać.

Cenna uwaga, dziekuję.

_________________
Marek (dawniej Jeanneau - wszystko się kiedyś kończy)
Czas ruszać. www.newkate.com


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 5 lip 2026, o 10:09 

Dołączył(a): 28 cze 2026, o 04:06
Posty: 2
Podziękował : 2
Otrzymał podziękowań: 4
Uprawnienia żeglarskie: żeglarka
Robiąc zakupy na Gold Coast wiedziałam, że musimy zaprowiantować jacht na kilka tygodni pobytu na Wielkiej Rafie Koralowej. Nie planowaliśmy włączać zamrażarki. Ostatecznie bez kontaktu z cywilizacją byliśmy przez dwadzieścia dni - przez niemal trzy tygodnie opierałam na tym, co mamy stale na pokładzie i co kupiliśmy w Harris Farm Market. Wybór marketu nie był przypadkowy - warzywa i owoce stamtąd słyną z wyjątkowej świeżości dzięki temu, że pochodzą od lokalnych dostawców i są przechowywane w sensowny sposób. Robiąc zakupy postawiliśmy na produkty pakowane próżniowo (vacum) oraz trwałe owoce i warzywa.
Oto lista naszych zakupów:
• Mięso: udziec jagnięcy (vacum, długi termin), wołowina New York steak (vacum, długi termin), mielone wołowe (krótki termin), bekon wędzony.
• Nabiał i jajka: jajka, buratta, ser halloumi.
• Warzywa: dynia, kapusta, pomidorki oraz pomidory gałązkowe, jarmuż, sałata rzymska, brukselka, papryka i małe papryczki, pieczarki brązowe, cukinia, seler naciowy, awokado, marchew, buraki, cebula, czosnek.
• Owoce i zioła: jabłka, pomarańcze, banany, gruszki, marakuja oraz świeża kolendra, natka pietruszki i rozmaryn.
• Pieczywo: bułki.
W czasie rejsu trzy razy piekłam chleb na zakwasie, ukisiłam kapustę a w ostatnim tygodniu hodowałam kiełki. A oto jak wyglądało nasze menu w tym okresie:
OBIADY
• Na przelot: fasolka z bekonem w sosie pomidorowym.
• Na pierwszy ogień (krótki termin): burgery w bułce z sałatą i carpaccio burakowym, później shakshuka z burgerami.
• Dania jednogarnkowe i zupy: zupa dyniowa z halloumi, zupa dyniowa z bekonem i warzywami, zupa gulaszowa z papryką i dynią.
• Steki i jagnięcina: steki z cukinią, marchewką i pieczarkami; udziec jagnięcy z chlebem i surówką z kapusty, pilaw;
• Szybkie i lekkie dania: steki z ryżem i jajkiem (po japońsku); brukselka z bekonem i jajkiem sadzonym; sałatka typu tagliata (sałata rzymska ze stekiem i pomidorkami); burrata z pomidorami na ciepło z grzankami, zupki miso.
LUNCHE / PRZEKĄSKI
• Zielone smoothie (seler naciowy, jarmuż, owoce, dynia, natka pietruszki, awokado).
• Sałatka z tuńczyka.
• Kanapki ze szprotami i cebulą.
Spisałam to, co realnie udało nam się wykonać. Teraz lodówki są prawie puste, wysprzątane i gotowe na pierwszą od trzech tygodni wyprawę na zakupy.
Jestem ciekawa, jakie są Wasze patenty na prowiantowanie jachtu przy braku dostępu do kabanosów, pasztetu drobiowego i paprykarza szczecińskiego? Bo jak wiadomo - za granicą łatwiej natknąć się na puszkę Pandory, niż na godziwą konserwę.
Czy macie dania, które sprawdzają się w sytuacji rejsowej?


Załączniki:
IMG_2951.jpg
IMG_2951.jpg [ 338.71 KiB | Przeglądane 615 razy ]
IMG_2739.jpg
IMG_2739.jpg [ 330.5 KiB | Przeglądane 615 razy ]
IMG_2961.jpg
IMG_2961.jpg [ 309.42 KiB | Przeglądane 615 razy ]
IMG_5678.jpg
IMG_5678.jpg [ 323.76 KiB | Przeglądane 615 razy ]

Za ten post autor Kasia_z_NewKate otrzymał podziękowania - 2: Maar, Wojciech
Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 8 ] 


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 91 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
[ Index Sitemap ]
Łódź motorowa | Frezowanie modeli 3D | Stocznia jachtowa | Nexo yachts | Łodzie wędkarskie Barti | Szkolenia żeglarskie i rejsy NATANGO
Olej do drewna | SAJ | Wypadki jachtów | Marek Tereszewski dookoła świata | Projektowanie graficzne


Wszystkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment serwisu "forum.zegluj.net" ani jego archiwum
nie może być wykorzystany w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody właściciela forum.żegluj.net
Copyright © by forum.żegluj.net


Nasze forum wykorzystuje ciasteczka do przechowywania informacji o logowaniu. Ciasteczka umożliwiają automatyczne zalogowanie.
Jeżeli nie chcesz korzystać z cookies, wyłącz je w swojej przeglądarce.



POWERED_BY
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL