Forum Żeglarskie

Zarejestruj | Zaloguj

Teraz jest 1 lip 2022, o 23:12




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 98 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4  Następna strona
Autor Wiadomość
PostNapisane: 3 lut 2011, o 21:00 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 10 sie 2009, o 15:04
Posty: 14323
Lokalizacja: Stara Praga
Podziękował : 606
Otrzymał podziękowań: 5395
Zaczęło się tu:
http://zegluj.net/forum_zeglarskie/view ... f=3&t=6644
Zacząłem pisać jeszcze w Phoenix, potem musiałem przerwać, potem, już w domu kontynuowałem, potem nastąpił atak (niestety, skuteczny) wściekłych wirusów na mojego laptopa etc., etc.
No, ale ponieważ zbliżam się ku końcowi tej epopei, zaczynamy "druk" powieści w odcinkach. Z konieczności (kilka wątków poprzeplatanych z sobą) będzie to coś w rodzaju "Rękopisu znalezionego w Saragossie", czyli "pudełko w pudełku".

Pamiętnik znaleziony w zęzie, czyli jak to ze "Spanielem II" bywało


Kuba Jaworski wystartował w TARS-80 na „Spanielu II” i zajął 6 miejsce ogółem, ale był pierwszym jednokadłubowcem, bo przed nim przyszły tylko trimarany. Tuż przed metą, we mgle, kuter amerykański skosił maszt na "Raczyńskim II" i Czesio Gogołkiewicz został zaholowany przez Coast Guard do Newport.

Ja w tym czasie byłem w Nowym Jorku ale nie miało to nic wspólnego z regatami (ja i regaty... he, he, he. Czy ja wyglądam na faceta, któremu się śpieszy???)

Najpierw otwieramy pudełko z jachtem „Dal”

Otóż niejaki Ireneusz Gieblewicz, jako 5-letnie dziecko został wyzwolony przez armię amerykańską na terenie Niemiec, gdzie został wcześniej wywieziony z rodzicami na roboty. Po wyzwoleniu znalazł się z matką w Paryżu. Niestety, na ulicy, czołg nieustraszonej US Army przejechał go, miażdżąc mu nogę, którą trzeba było amputować na wysokości kolana.
Kiedy Irek dorósł – postanowił polecieć do Stanów, żeby (jak twierdził) domagać się odszkodowania. Odszkodowania nie uzyskał, ale do Polski już nie wrócił, w związku z czym, zgodnie z ówczesnym „tryndem”, został uznany przez władze Ludowej za takiego, który „wybrał wolność”, czyli odmówił stawania razem z nami w jednym szeregu i budowania zrębów.

Irkowi Polska Ludowa wisiała zwiędłym kalafiorem, ale chciał od czasu do czasu odwiedzać matkę, tymczasem każdy jego wniosek o wizę PRL kończył się delikatną sugestią konsulatu, żeby spadał. Uknuł więc „chitry plan”. Otóż Muzeum Polskie w Chicago miało problem, jak się pozbyć jachtu „Dal”, na którym w latach trzydziestych Bohomolec z dwoma kumplami przepłynął Atlantyk.

Dygresja: Przez wiele lat na egzaminach żeglarskich z działu „historia żeglarstwa” było podchwytliwe pytanie, jaki stopień miał Bohomolec, kapitan jachtu „Dal”. Prawidłowa odpowiedź: miał stopień rotmistrza, bo to był kawalerzysta.

Stało to to kilkadziesiąt lat i tylko przeszkadzało, więc wystawiono je na zewnątrz. Tam też przeszkadzało. Irek wpadł na pomysł, że zrobi zrzutkę wśród chicagowskiej Polonii, kupi „Dal” i przekaże ją do Muzeum Morskiego w Gdańsku. Liczył na to, że za ten wspaniały gest Polska Ludowa, w swojej nieopisanej wspaniałomyślności, przebaczy synowi marnotrawnemu i da mu wizę, żeby mógł odwiedzić starą matkę.

Wciągnął do tego planu Toma Korzeniowskiego, dziennikarza jednej ze stacji telewizyjnych w Chicago. Tom był bardzo a propos tego planu, bo był to facet „z tych” Korzeniowskich. Konkretnie – był wnukiem Borysa Korzeniowskiego, czyli prawnukiem Josepha Conrada. Wprawdzie po polsku znał tylko kilka najistotniejszych słów, jak dupa, k… itp., ale liczyło się nazwisko.

Irek kupił „Dal” i postanowił przeprowadzić ją wodą w drugą stronę. Okazało się jednak, że między rozeschniętymi przez kilkadziesiąt lat plankami są 3-4 milimetry powietrza i nijak ta sławna łódka nie da się postawić na wodzie. Irek był już na tyle zamerykanizowany, że zastosował tamtejszą zasadę „plastic is fantastic”. Po prostu oblaminował całą łódkę laminatem poliestrowo-szklanym. Wstawił silnik, dał nowy takielunek i uznał, że jacht jest gotowy do stawienia czoła północnemu Atlantykowi.

Dygresja: Sprawa się przedłużała, bo kiedy Gieblewicz zaczął oblaminowywać łódkę, Bohomolec pozwał go do sądu o naruszanie prawdy historycznej, czy jakoś tak i… wygrał. Sąd nakazał Irkowi zaprzestać niszczenia zabytku. Irek się odwołał do sądu apelacyjnego stanu Illinois i…. wygrał. Sąd apelacyjny uznał, że skoro Bohomolec sprzedał łódkę do muzeum, to niech się teraz buja.
W Stanach jest taka piękna wyszukiwarka casusów prawnych, „Find a case”. Można tam bez trudu znaleźć sprawę Bohomolec v. Gieblewicz Dla leniwych:


http://il.findacase.com/research/wfrmDo ... .IL.htm/qx

Był tylko jeden drobny problem: ani on, ani Tom „Kosheniousky” nie mieli bladego pojęcia o żegludze w ogóle, a o żegludze przez Atlantyk w szczególności. Irek zwrócił się więc do PZŻ-tu z prośbą, aby mu przysłać: a) kapitana, b) sekstant, c) tratwę ratunkową, bo uznał, że kupowanie tych dwóch ostatnich rzeczy na jedną podróż jest bez sensu.

PZŻ podjął tę – jak się wtedy mówiło – cenną inicjatywę i wysłał mnie, bo akurat byłem wolny. Firma nie miała jednak pieniędzy na bilet lotniczy, więc ówczesny Sekretarz Nadzwyczaj Generalny, Staszek Tołwiński dogadał się z dyrektorem PLO. Zostałem zatrudniony przez PLO na czas określony (jedna podróż jako asystent na semikontenerowcu „Roman Paziński”) i wylądowałem w Newark (Stan New Jersey, tuż obok Nowego Jorku).

W tym czasie Irek z Tomem przypłynęli rzekami z Chicago do Nowego Jorku. Tom skarżył się, że ostatnio łódka bardzo słabo reaguje na ster. Wyciągnęliśmy ją z wody. Okazało się, że woda zabrała cały laminat z płetwy sterowej, a potem również i deski, z których płetwa była zrobiona. Pozostała tylko oś steru i dwie stalowe obejmy szerokości mniej więcej 5 cm, które miały za zadanie trzymać drewnianą część płetwy i tym się sterowało.

Ponieważ Irek położył laminat na drewno od kilkudziesięciu lat nie czyszczone – laminat odszedł od łódki i praktycznie był to laminatowy kadłub, w którym luzem był kadłub drewniany. Takielunek zainstalowany przez Irka (nie ma to jak śmiałość decyzji nie hamowana znajomością rzeczy) składał się ze stalówek fi 3 mm i szekielek blaszanych długości 3 cm, takich, jakie się nosi przy szlufkach spodni, dla ozdoby.

To wszystko pryszcz, bo bez problemów dałoby się to wymienić na mocniejsze. Najgorsze było to, że kiedy wlazłem do środka, żeby obejrzeć stan drewna okazało się, że na 18 (bodaj) wręgów po lewej burcie – 16 było pękniętych, a na prawej – 15. Nie chodzi o pęknięcia odcinkowe, wzdłużne, charakterystyczne dla starego drewna. Była to – jak mówią chirurdzy – „fractura completa”, czyli każdy kawałek wręgu był osobno i – prawdę mówiąc – konstrukcja opierała się na plankach, do których były przymocowane kawałki wręgów luzem.

Wiedziałem wprawdzie, że wsiadając na słynną „Dal” wejdę do historii polskiego żeglarstwa albo jako kapitan, który przyprowadził „Dal” do Polski, albo jako kapitan, który na „Dali” z honorem na dnie Atlantyku legł, ale najbardziej prawdopodobna była ta druga część alternatywy, a to mi niezbyt szczególnie odpowiadało.

Poprosiłem więc śp. Zbyszka Pieńkawę (tego od „Otago”), który właśnie przestał być dyrektorem technicznym Zjednoczenia Przemysłu Okrętowego a zaczął być przedstawicielem „Centromoru” w Nowym Jorku i urzędował na 35 piętrze śp. World Trade Center, żeby wydał fachową ekspertyzę jako inspektor techniczny PZŻ.

Zbyszek potwierdził moje obiekcje i spłodził urzędowy dokument, z którego wynikało, że prościej jest skoczyć z Brooklyn Bridge do East River. Mniej się człowiek będzie męczył.

Odbyła się duża narada w konsulacie. Powiedziałem, że jedyna metoda sprowadzenia „Dali” do Polski, ambitna (bo chociaż częściowo wodą), jest taka: załadować „Dal” w Newark na statek, przewieźć przez Atlantyk i zrzucić na wodę w Kilonii. A że na południowym brzegu Bałtyku są co 20-40 mil jakieś porty, RFN-owskie, NRD-owskie i polskie, śledząc pilnie prognozy pogody i nie narzucając sobie żadnego konkretnego terminu, można „Dalą” dopłynąć do Gdyni.

Konsulat zatwierdził tę, jakże cenną i rzeczową propozycję kapitana Zbierajewskiego i tak się stało, ale już bez mojego udziału, o czym za chwilę.

Irek zrzucił „Dal” na wodę w Bremerhaven i odcinkami przypłynął do Kilonii. Tam spotkał „Dar Bielska”, na którym było dwóch żeglarzy z patentami kapitańskimi, Ten drugi, bodajże Waszkiewicz, przesiadł się na „Dal” i popłynęli… do Ystad , a potem do Świnoujścia, Trzebieży i Szczecina. Później Wojtek Jacobson przeprowadził ją do Gdyni. Wojtek opisał to w wywiadzie, który ukazał się na stronie szczecińskiego JK AZS.

Wprawdzie Wojtek twierdzi w tym wywiadzie, że początkowo „Dal” miał przyprowadzić Zbyszek Pieńkawa, co nie jest prawdą, ale prawdopodobnie tak mu powiedział Gieblewicz, a nie darmo Irek był uważany za tzw. postać kontrowersyjną.

Niestety, szumu medialnego przy tym nie było, bo Irek miał pecha. Przypłynął w sierpniu, a tu już wszędzie były strajki, (o, pardon, to jeszcze były nieuzasadnione przerwy w pracy), zamiąch totalny i biedna jedynie słuszna władza, wraz ze swoim aparatem propagandy, miała ważniejsze sprawy na głowie niż jakaś tam, wicie, rozumicie - drewniana okręcina.

Zamykamy „Dal” – otwieramy pudełko „Kuba i Czesiek”
Wróćmy do Nowego Jorku. Spotkałem tam Kubę, który właśnie świętował swój zasłużony sukces. Pojechaliśmy do Newport, gdzie zastaliśmy smętnie wyglądającego, „dismasted” „Raczyńskiego II”.

Dygresja: Kuba z Cześkiem Gogołkiewiczem, dawniej serdeczni kumple i współpracownicy (razem z Edźką Hoffmanem) od mniej więcej roku serdecznie się nie lubili. Napuszczani na siebie nawzajem (skutecznie!) przez paru tzw. życzliwych, stali się niemal wrogami.

Powiedziałem Kubie: - Wiem, że nie przepadacie z Cześkiem za sobą, ale może wejdziemy na „Raczyńskiego”. Wypadałoby przynajmniej Czesiowi złożyć wyrazy współczucia.

Kuba się zgodził. Weszliśmy do mesy, w której siedział ponury Czesiek. Rozmowa się nie kleiła. Wstałem i powiedziałem:

- Chłopaki, uważam was obu za wspaniałych facetów, którzy dali się podpuścić paru ch…, którzy wam zazdrościli i zazdroszczą sukcesów. Najwyższy czas to skończyć.

Wyciągnąłem z torby połówkę „żyta”, postawiłem na stole i dokończyłem:

- Macie tu pół litra czasu, żeby się pogodzić. Wrócę za godzinę i – macie do wyboru – albo wam obu uścisnę prawe łapy, albo każdego z was kopnę w dupę. Cześć!

Wyszedłem, zamykając klapę zejściówki, przetykając otwartą kłódką uchwyty od zewnątrz i poszedłem w cholerę, to znaczy do baru w jachtklubie, gdzie od razu (a co się będę szczypał) skonsumowałem trzy „drynki z palemkom”.

Wróciłem po godzinie. Ja byłem w stanie lekko wskazującym, w mesie siedzieli Kuba z Cześkiem w stanie niezwykle wskazującym, bo na zewnątrz było ponad 30 stopni, więc w zamkniętej mesie panowało piekło powiększone o ćwiartkę ciepłej gorzały na statystyczne ryło.
Kuba i Czesiek siedzieli tylko w slipach i podkoszulkach i byli znów dobrymi kumplami poruszającymi najpiękniejszy temat rozmów marynistycznych, to znaczy omawiali kształty panny Maryni.

Konflikt się skończył. Na zawsze.
CDN (wkrótce) :wink:

_________________
Pozdrawiam
Janusz Zbierajewski



Za ten post autor Zbieraj otrzymał podziękowania - 31: butterfly1, Colonel, Ejdzej, homer, JoEve, K.B., kamiljazz, Kudłate Stworzenie, Kuracent, lampa, limpid, Maar, Matty, Milo, Moniia, mors-k, nauaag, niebieski91, pakarod, peppino, Rafał, robhosailor, Szaman3, Vlad, Walen, WhiteWhale, WIT, Wojciech, Węzełek, zbigandrew, Święty
Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 3 lut 2011, o 21:24 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 19 lut 2009, o 20:11
Posty: 504
Lokalizacja: Notteroy/Norwegia
Podziękował : 4
Otrzymał podziękowań: 13
Uprawnienia żeglarskie: żeglarz swobodny z Wyspy Orzechowej
Nareszcie coś, przy czytaniu czego czlowiek nie żałuje straconego czasu. Czekam na dalszy ciąg.

_________________
Lat/Lon
59 12.9594, 10 26.5332


Ostatnio edytowano 3 lut 2011, o 22:31 przez Maar, łącznie edytowano 3 razy

Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 3 lut 2011, o 21:39 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 1 cze 2009, o 16:22
Posty: 8653
Lokalizacja: sv Nimrod, Newhaven, UK
Podziękował : 3578
Otrzymał podziękowań: 2360
Uprawnienia żeglarskie: Sternik morski (no wymieniłam w końcu..)
Nie wiem, czy zwracać na to uwagę, bo może nie zauważył - ale Zbieraj w końcu zaczął coś pisać! I zgodnie z przewidywaniami, warto było poczekać...

_________________
Pozdrawiam, Monika Matis
http://www.facebook.com/theseanation

My recent thought:
"...pessimist moans about breakdowns, optimist expects it won't break; realist makes it easy to fix..." :D


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 3 lut 2011, o 21:42 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 6 sie 2009, o 15:49
Posty: 277
Lokalizacja: Łódź
Podziękował : 12
Otrzymał podziękowań: 9
Uprawnienia żeglarskie: żeglarz
Ja chcę dalej!!!

Tzn. bardzo ładnie i grzecznie proszę o ciąg dalszy opowieści :wink:

_________________
Pozdrawiam,
Kasia


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 3 lut 2011, o 21:54 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 8 lut 2010, o 10:24
Posty: 9726
Lokalizacja: Paryz
Podziękował : 1136
Otrzymał podziękowań: 2181
Uprawnienia żeglarskie: wszelakie : )
Niezapominajka napisał(a):
Ja chcę dalej!!!

Ja tez... Ale moderatorzy zaraz zamkna watek - wyrazona zacheta ( pochwala? ) picia z wrogami grozi przeciez pograzeniem polowy forumowiczow w alkoholizmie. :evil:
Szuflada z dowozenio-doplywaniem "Dali" byla otworzona juz na okolicznosc rekordowego "Mazurka". Ciekawe czyj to byl pomysl wtedy?
Catz

_________________
Wszyscy jestesmy winni - jak od zawsze pouczal Winniczek Slimak


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 3 lut 2011, o 22:17 

Dołączył(a): 28 maja 2009, o 23:14
Posty: 174
Podziękował : 15
Otrzymał podziękowań: 3
Uprawnienia żeglarskie: Kapitan jachtowy
Rewelka i ja też poproszę nieśmiało o więcej :)


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 3 lut 2011, o 22:19 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 7 cze 2010, o 19:37
Posty: 12587
Lokalizacja: Port Rybnik
Podziękował : 1378
Otrzymał podziękowań: 1856
Uprawnienia żeglarskie: sternik jachtowy
Zbieraj napisał(a):

No, ale ponieważ zbliżam się ku końcowi tej epopei, zaczynamy "druk" powieści w odcinkach. Pamiętnik znaleziony w zęzie, czyli jak to ze "Spanielem II" bywało


Powyższym składam zamówienie na wszystkie odcinki opatrzone autografem autora.
Zapowiada się ciekawie. :wink:
Pozdrawiam.

_________________
Wojciech1968 Port Rybnik
W życiu piękne są tylko chwile...


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 3 lut 2011, o 22:24 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 kwi 2006, o 11:31
Posty: 16795
Lokalizacja: Warszawa
Podziękował : 1885
Otrzymał podziękowań: 3334
Uprawnienia żeglarskie: ***** ***
Zbieraj napisał(a):
Irek zrzucił „Dal” na wodę w Bremerhaven i odcinkami przypłynął do Kilonii. Tam spotkał „Dar Bielska”, na którym było dwóch żeglarzy z patentami kapitańskimi, Ten drugi, bodajże Waszkiewicz, przesiadł się na „Dal” i popłynęli… do Ystad , a potem do Świnoujścia
Khem? W sensie, że najkrótsza droga via Ystad wiodła? :-) Po co oni do Szwecji popłynęli, w Reichu przecież było taniej.

Cytuj:
Powiedziałem Kubie: - Wiem, że nie przepadacie z Cześkiem za sobą, ale może wejdziemy na „Raczyńskiego”. Wypadałoby przynajmniej Czesiowi złożyć wyrazy współczucia.
Za co te wyrazy? Znaczy się, ja akurat wiem trochę na temat ryboli, ale z tekstu nie wynika i ludzie traktują powyższe jako kwintesencję retoryczną czy jakąś inną tam, figurę erotyczną.

:-)

ps. Jadłeś?
pss. Z głodu tak szybko się nie umiera. Zostaw tego kotleta i bierz się za następną część!!! :-)

73

_________________
Pozdrawiam,
Marek Grzywa


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 3 lut 2011, o 22:37 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 8 lut 2010, o 10:24
Posty: 9726
Lokalizacja: Paryz
Podziękował : 1136
Otrzymał podziękowań: 2181
Uprawnienia żeglarskie: wszelakie : )
Maar napisał(a):
Znaczy się, ja akurat wiem trochę na temat ryboli, ale z tekstu nie wynika i ludzie traktują powyższe

Dla tych, co nie wiedza:
http://fliscat.webpark.pl/Inne/raczynski3.html
Jest tez czesc pierwsza, wiec pewnie i druga - kawalek historii z tamtych czasow.
Catz Bioracy ochoczo udzial w nowatorskim eksperymencie formy forum.
Skoro juz tekst ma byc tam, a ochy i achy ( razem z komentarzami, wyjasnieniami i dyskusja ) tu, to moze praktyczniej bedzie "Pamietnik" umiescic w osobnym, hermetycznym dziale?
Bo na dyscypline nie licze i morderatorzy czuwac beda musieli....
EDIT: Jakoz i czuwaja... Sprawdzilem po polnocy dziesiec ( delikatnie - odpowiedzialem "nie ma za co" na maar'owe THX). Czyli moja sugestia nie byla taka znowu glupia. A moze tylko przewidywalne to bylo?
Popukajcie sie po glowach...
Egipt i Tunezja ( zawezajac sie do aktualnosci tylko ) sa w Afryce.....

_________________
Wszyscy jestesmy winni - jak od zawsze pouczal Winniczek Slimak


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 4 lut 2011, o 09:47 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 10 sie 2009, o 15:04
Posty: 14323
Lokalizacja: Stara Praga
Podziękował : 606
Otrzymał podziękowań: 5395
Odcinek 2.

Pudełko: Jak sprzedawałem „Spaniela”?

W parę dni później Kuba poleciał do Polski, zostawiając „Spaniela” na boi w Newport, a ściślej biorąc -w New Providence, którą ofiarował mu za darmo tubylec, Polak, z zawodu lekarz.

Czesław z Raczyńskim (bez cudzysłowu) zaczęli szukać stoczni dla „Raczyńskiego II” (w cudzysłowie), a ja dostałem polecenie PZŻ-tu, żeby zostać w Niujorku i spróbować sprzedać „Spaniela”. „Centromor” miał mi płacić diety, żebym nie umarł z głodu pod najbliższym mostem.

Zacząłem więc urzędowanie ze Zbyszkiem Pieńkawą na 35 piętrze WTC. Ponieważ dość mało efektywne jest stanie na rogu Broadwayu i Piątej Avenue i wołanie ”Spaniela sprzedam, Spaniela sprzedam!”, Zbyszek skontaktował mnie z paroma brokerami branży jachtowej. Ci, co pewien czas podrzucali mi potencjalnego klienta, ale kończyło się to na rozmowie telefonicznej. Pytania klientów były typowe: ile jest łazienek, albo jakiej firmy jest air-conditioning. Odpowiadałem, zgodnie z prawdą, że air-conditioning jest produkcji firmy Stocznia Jachtowa w Szczecinie, Poland. Jak sobie otworzysz klapę na pokładzie przed masztem, zejściówkę z tyłu i dasz całą naprzód, to masz taki „natural air-conditioning” aż miło.

Mówiąc serio – „Spaniel” był w Stanach absolutnie niesprzedawalny. Było to puste pudło z surowym laminatem w środku. Wyposażenie – to tylko nawigacyjna i kambuz z jednopalnikową kuchenką gazową. W mesie nie było nawet stołu. Stocznia wprawdzie stół zrobiła, ale dębowy, więc Kuba uznał, że to zbędne obciążenie łódki, wymontował i zostawił na nabrzeżu w Plymouth. Do spania służyły prostokątne kawałki płótna rozpięte między burtą a stalowymi rurkami idącymi pół metra od burty.

Ktoś, kto chciałby na tym pływać weekendowo (a takich klientów jest tam 99,999%) musiałby jeszcze włożyć sporo szmalu, żeby doprowadzić „Spaniela” do używalności w wersji „armatorskiej”.

Dla potencjalnych ścigantów „Spaniel” też nie był atrakcją, bo była to łódka projektowana pod formułę tych konkretnych regat. Dla nieznających szczegółów: Długość całkowita (LOA) nie mogła przekraczać 17 m, a że – jak wiadomo – im dłuższa linia wodna tym (teoretycznie) większa prędkość, „Spaniel” miał pionowy dziób niczym „Titanic” i takąż rufę. W rezultacie KLW była równa LOA. W innych regatach – o innej formule – „Spaniel” mógłby dostać w d… przelicznikiem.

Pudełko – powrót „Spanielem”

W rezultacie – PZŻ podjął decyzję o powrocie „Spaniela” do kraju. Kuba przyleciał znów do Nowego Jorku razem z ekipą telewizyjną w postaci Andrzeja Radomińskiego i Jurka – operatora. Zabrał się jeszcze z nami Frederic, młody, kilkunastoletni Francuz polskiego pochodzenia, siostrzeniec Jurka Rakowicza, z którym (Fredem, nie Jurkiem) porozumiewaliśmy się po angielsku.

Prawdę mówiąc – był to angielski teoretycznie, bo przy naszej (a zwłaszcza Freda) ówczesnej znajomości języka Szekspira wyglądało to mniej więcej tak (o ile pamiętam, Andrzej też to opisuje w książce):

- Hej, Fred, give me, please, … no, jak ta k.... się nazywa…, no… żabka.

I Frederic z twarzą pokerzysty bez słowa otwierał skrzynkę z narzędziami i podawał żabę hydrauliczną.

Jak widać – już wtedy robiliśmy językowe badania naukawe, które zaowocowały wiele lat później pięknym i jakże prawdziwym sformułowaniem ułożonym przez Paulę Żbikowską, bosmanicę na „Rutkowskim”:

„Marynarz, trafiony celną kurwą, nabiera bystrości wzroku i chyżości nóg”.

Kłopoty zaczęły się na starcie. Kiedy chcieliśmy zabrać łódkę z boi, właściciel tejże zażądał od Kuby paruset dolarów za postój. Zdumiony Kuba przypomniał umowę (ustną), że postój będzie za darmo, na co właściciel oświadczył, że zmienił zdanie. Kuba, niespotykanie spokojny człowiek, dostał lekkiej piany na pysku. Wygłosił dłuższą kwestię, której, niestety, nie potrafię w całości przytoczyć. Pamiętam, że zaczął od zaimka „ty”. Potem było coś podobnego do członka rodziny (wuju, stryju, czy jakoś tak, ale niedosłyszałem), potem coś o złamaniu i kaczych nogach, potem ”jak ja ci zaraz przy…” (znów niedosłyszałem, cholera, miałem jakieś okresowe zaburzenia słuchu). W każdym razie przemówienie trwało około 5 minut – ku memu szczeremu podziwowi – Kuba nie powtórzył ani jednego wyrazu.

W rezultacie krasomówstwa Kuby – właściciel boi powiedział, że w takim razie mamy wyp… (znów te moje problemy z uszami) i on nie chce Kuby znać!

Ta męska decyzja właściciela boi bardzo nam odpowiadała, toteż zrealizowaliśmy ją z radością.

Wracamy na chwilę do pudełka „Kuba i Czesiek”

Po starcie Kuba zaproponował, żeby nie lecieć od razu na Bermudy, tylko zawinąć do pobliskiego New Bedford, gdzie Czesiek remontował „Raczyńskiego II”. Tak też zrobiliśmy. Spędziliśmy tam dwa miłe dni z Cześkiem i załogą remontową, która przyleciała z Polski. Po zrobieniu drobnych zakupów żarciowych – w drogę.

Ostatnią cumę oddał nam Czesław.

CDN (wkrótce) :D



Za ten post autor Zbieraj otrzymał podziękowania - 6: K.B., nauaag, Rafał, Walen, WIT, Węzełek
Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 4 lut 2011, o 11:41 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 kwi 2006, o 11:31
Posty: 16795
Lokalizacja: Warszawa
Podziękował : 1885
Otrzymał podziękowań: 3334
Uprawnienia żeglarskie: ***** ***
Połączyłem wątek "dyskusyjny" z wątkiem "głównym", bo bez sensu tak w dwóch miejscach się czyta :-)

Sorrki za zamieszanie.

_________________
Pozdrawiam,
Marek Grzywa


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 4 lut 2011, o 15:15 

Dołączył(a): 1 wrz 2010, o 10:14
Posty: 8435
Podziękował : 3847
Otrzymał podziękowań: 1842
Uprawnienia żeglarskie: kpt.j.
Zbieraj napisał(a):
Dla potencjalnych ścigantów „Spaniel” też nie był atrakcją, bo była to łódka projektowana pod formułę tych konkretnych regat. Dla nieznających szczegółów: Długość całkowita (LOA) nie mogła przekraczać 17 m, a że – jak wiadomo – im dłuższa linia wodna tym (teoretycznie) większa prędkość, „Spaniel” miał pionowy dziób niczym „Titanic” i takąż rufę. W rezultacie KLW była równa LOA. W innych regatach – o innej formule – „Spaniel” mógłby dostać w d… przelicznikiem.


Drogi Januszu, ja wiem ze to juz sporo lat minelo i Jak sam napisales, regaty to nie Twoja specjalnosc, ale dla wielu jestes niekwestionowanym autorytetem, dlatego
proponuje zebys odszukal dane techniczne Spaniela II albo chociaz przyjzal sie zdjeciom.
Czy Spaniel II mial szanse w innych regatach ? Kuba sadzil ze tak i wlasnie dlatego
nie byl zainteresowany sprzedaniem a kolejnymi startami. Niestety nie On decydowal
a Jego, Stoczni i Biura konstrukcyjnego byly dla paru osob "sola w oku".
Nie dane Mu bylo startowac na polskiej lodce wiec wystartowal na obcej( Spanielek)
i to byla praktycznie Jego ostatnia przygoda z duzymi regatami.

Pozdrowienia
M@rek


Ostatnio edytowano 4 lut 2011, o 16:01 przez Maar, łącznie edytowano 1 raz
Poprawiłem cytowanie


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 4 lut 2011, o 17:18 

Dołączył(a): 9 maja 2009, o 16:49
Posty: 67
Lokalizacja: Warszawa
Podziękował : 34
Otrzymał podziękowań: 0
Uprawnienia żeglarskie: sternik jachtowy
No to mamy juz kawalek ksiazki :-) Fajny tekst, milo jest spotkac kogos kto tworzyl kawaleczek historii zeglarstwa.

_________________
Blue


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 4 lut 2011, o 18:00 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 10 sie 2009, o 15:04
Posty: 14323
Lokalizacja: Stara Praga
Podziękował : 606
Otrzymał podziękowań: 5395
Odcinek 3

Przez Atlantyk z pękniętym masztem

Nie bardzo wiem, co tu napisać, bo nie chciałbym powtarzać tego, co już Andrzej Radomiński napisał w książce. Czytałem ją grubo ponad 20 lat temu i nie pamiętam dokładnie, co Andrzej opisywał a czego nie, a tu, gdzie w tej chwili jestem, tzn. w Phoenix, Arizona, można wprawdzie dostać wszystko, ale książki Radomińskiego i piwo „Tyskie” są słabo dostępne. :lol:

No to parę „kamieni milowych” z tego rejsu.

Do Bermudów – nudy, panie, nudy. Wiaterek słaby ale korzystny, przelecieliśmy ten odcinek z tzw. palcem w…. W Hamilton poradziłem chłopakom (teoretycznie słusznie, ale – jak się okazało – tylko teoretycznie), żeby zrobić zakupy minimalne, bo drożyzna okrutna. Aby do Azorów, bo tam znacznie taniej (robiłem tę trasę rok wcześniej na śp. „Zewie Morza”, więc miałem dość dobre rozeznanie).

Po zakupach żarcia, wody i paliwa – w drogę.

Trzeciego czy czwartego dnia rejsu Andrzej zażyczył sobie zrobienia ujęcia z lotu ptaka, co oznaczało, że Jurek (operator) ma być wciągnięty na maszt. Mistrz kamery, który właśnie skończył (z pełnym sukcesem) z karmieniem dorszy oświadczył jednak, że ma lęk wysokości i nie ma zamiaru robić za taternika. Tak więc dyrekcja dwuosobowej wytwórni filmów dokumentalnych była zmuszona osobiście wykonać wydane przez siebie polecenie. Wciągnąłem Andrzeja z kamerą na ławeczce bosmańskiej na górę, zablokowałem hamulec windy fałowej, dałem dobrą radę, że jak zleci na pysk, to ma zmyć po sobie pokład, bo nie lubię widoku krwi i poszedłem w stronę kokpitu.

Nie doszedłem, bo z góry rozległ się wrzask (nie powiem, cokolwiek histeryczny): - Na dół! Na dół! Maszt pęknięty, zaraz się rozwali!

Moje dobre rady w rodzaju „zamknij dziób i filmuj, bo cię prezes Szczepański z roboty wywali” nie skutkowały, Andrzej dalej wpadał w histerię. Ściągnąłem go na pokład. Przyszedł Kuba, obudzony wrzaskiem. Po wysłuchaniu straszliwej opowieści, że maszt zaraz padnie, Kuba oświadczył: „Andrzej, pieprzysz, ale ja to sprawdzę”.

Wciągnąłem Kubę na maszt. Kuba – ledwo dojechał do okucia sztagu – wrzasnął: „O, qrwa, na dół!”

No cóż – kapitan każe, chief musi. Wykonałem komendę „Qrwa, na dół!” naruszając – rzecz jasna – przepisy PZŻ, bo – o ile pamiętam, słynny podręcznik komend żeglarskich takiej komendy nijak nie przewidywał.

Kuba: „Zwalamy szmaty!”. I tę komendę, równie nieregulaminową, wykonaliśmy.

Kuba wziął kartkę papieru i zaczął rysować.

Otóż każdy prymityw techniczny wie (to znaczy – mam nadzieję, że wie), że jeśli w rurze metalowej. (która potem ma być ściskana, skręcana, gięta i poniewierana w każdy inny możliwy sposób) robi się dziurę (Ajajajaj! Co ja piszę! – Jak powiedział pewien profesor politechniki do studenta– Dziurę to masz pan w dupie! A w technice to się nazywa otwór!). No więc, kiedy się robi otwór, to musi on być albo okrągły, albo owalny albo – w ostateczności – prostokątny. W tym ostatnim jednak przypadku nie wolno robić sąsiednich ścian otworu „do winkla”. Trzeba połączenie ich zaokrąglić, możliwie największym promieniem.

Tymczasem renomowany angielski producent (złego słowa o nim nie powiem po tym, jak się zachował przy reklamacji) wyciął precyzyjnie otwór „do winkla”, w to wstawił idealnie „sprostokątyzowane” okucie sztagu i zespawał. Na „Spanielu” sztag był typu 7/8, a może 6/7, no, jakoś tak. Czyli achtersztag ciągnął maszt za top w stronę rufy, a sztag, zaczepiony ok. 6 m niżej – w stronę dziobu. Wszystko byłoby klawo, gdyby spaw nie zaczął puszczać. Ale – cholera – zaczął! W rezultacie okucie sztagu zaczęło wyjeżdżać z masztu, a w narożnikach górnej części otworu (powtarzam: otworu, nie dziury!) pojawiły się poziome pęknięcia masztu, (piszę w liczbie mnogiej, bo to poszło w lewo i w prawo) które, w momencie naszego epokowego odkrycia – już były poza najszerszym miejscem rury masztowej.

Tu trzeba by opisać szczegółowo, jakich patentów użyliśmy, żeby jakoś, choć minimalnie wzmocnić nadwerężony maszt. Główny problem polegał na tym, że nie dało się wciągnąć człowieka na top masztu fałem grota, żeby założyć jakiś awaryjny topsztag, bo to byłoby zbyt duże ryzyko. On wisiałby na bloczku 6 m powyżej pęknięcia, czyli – odpiłowywanie gałęzi, na której się siedzi.

No dobrze, ale co teraz? Stawianie foka nie wchodziło w rachubę. Na miejscu grota postawiliśmy taką większą chustkę do nosa i w drogę. Wyż azorski rozbudował się niebotycznie, wiatry było w granicach od zera do jedynki (na szczęście z tyłu), czasem tylko przywiewała full wypas dwójka. Prędkość wahała się między 1 a 3 węzły i w rezultacie najszybsza łódka na Atlantyku robiła na dobę mniej więcej 50 mil. A do Azorów - ho, ho, albo jeszcze dalej.

A żarełko się kończy! Pisałem, że mój pomysł, żeby w Hamilton kupić jak najmniej, bo drogo, nie był najlepszy. Jasny gwint! Druga połowa dwudziestego wieku, ludzkość w kosmos lata w te i nazad, a nam, bujającym się między bogatą Ameryką i równie bogatą Europą (no, znaczy – Zachodnią), śmierć głodowa zagląda w oczy.

I pomyśleć, że ci wredni kapitaliści w Brazylii wywalają setki ton ziarna kakaowego do oceanu, żeby ceny nie spadły. Wiem, bo mnie uczyli tego w szkole podstawowej. :lol: p

Nie było wyjścia. Radio pośredniofalowe, częstotliwość giełdy i pajechali, rebiata: „Polskie statki, polskie statki na Atlantyku, „Spaniel II” woła”.

Po nawiązaniu łączności z pierwszym statkiem, której oczywiście inne statki słuchały, kiedy rozeszła się wieść o naszej sytuacji awaryjno-głodowej, wszyscy rzucili się nam na pomoc. Ci z PLO i ci z PŻM, a było ich razem na Atlantyku kilkadziesiąt. Niewiele brakowało a doszło by do takiej sceny, jak na „Jak rozpętałem II wojnę światową”, kiedy na arabskim bazarze Kociniak, ogrywając tubylców w trzy karty wybrzydzał: „Nie, bananów już mamy dosyć. Czy któryś z panów nie ma winogron?”

Kto? „Kopalnia Moszczenica”? Że niby schabowe?. Nie, dziękujemy, schabowych ci u nas dostatek. Nie macie przypadkiem zrazów zawijanych z kaszą gryczaną? Ogóreczek kiszony też byłby mile widziany.

Najbardziej ucieszył nas kapitan „Żyrardowa”:
- Chłopaki, trzymajcie się, za niecałe trzy dni będę u was.
- Za trzy dni? A gdzie pan jest?
- Właśnie wyszedłem z Kanału Panamskiego. Ale ja jestem szybki chłodniowiec. U mnie cała naprzód to prawie 25 węzłów. Dam w rurę i za trzy dni jestem przy „Spanielu”.

Ta solidarność ludzi morza jest fascynująca.

Za „zbawcę” wybraliśmy masowiec PŻM-u „Powstaniec Wielkopolski”, który szedł pod balastem po rudę do Brazylii i niewiele musiał zboczyć z trasy. Wyszliśmy na siebie dziób w dziób. (Małolatom wyjaśniam, że to była, panie dzieju, epoka sekstantu, zwana dzisiaj złośliwie „historią nawigacji”!!! IBM dopiero rok po naszym rejsie wypuścił pierwszego „prawdziwego” peceta, a GPS-ów jeszcze nie wynaleziono.

Na szczęście pogoda była idealna. Wiatru na lekarstwo. Niemniej jednak ocean „oddycha”. Powstał prozaiczny problem, jak podejść „Spanielem” do burty wynurzonego kolosa, którego pokład był na wysokości topu naszego masztu.

Polak (zwłaszcza głodny, hi, hi, hi) potrafi. Wykombinowaliśmy, że zrobimy „fałszywą szlagzajtę”. Do wora po żaglu włożyliśmy wszystko, co ciężkie: gaśnice, zapasowy akumulator, skrzynkę z narzędziami, kotwicę, łańcuch kotwiczny i inne żelastwo, podwiesiliśmy to pod nok bomu i – bom do trawersu. „Spaniel” przechylił się o mniej więcej 10 stopni. Dalej się kiwał na boki na martwej fali, ale maszt pionu nie przekraczał.

„Powstaniec” zaopatrzył nas w żarcie, wodę, paliwo i co najważniejsze – w tzw. duży cybant. Zamówiliśmy mianowicie wcześniej przez radio u starszego mechanika obejmę (opisaliśmy kształt i podaliśmy wymiary) taką, żeby można było ją skręcić śrubami obejmując cały maszt poniżej i powyżej miejsca pęknięcia. Na fali nie dało się tego zrobić, ale w Ponta Delgada na Azorach skręciliśmy ten „cybant” i do Anglii już jechaliśmy śmiało, bez obawy, że za chwilę zleci nam na łeb 6-metrowa rura z wysokości 18 m.

No fajnie, powie ktoś, ale co by było, gdyby pogoda była gorsza i nie dało się podejść do statku?

Mieliśmy plan awaryjny: chłopaki na „Powstańcu” pakują żarcie w plastykowe torby, wyrzucają za burtę i „Powstaniec” odpływa. A my już jakoś to sobie wyłowimy.

Dygresja nawigacyjna: Kiedyśmy wystartowali z New Bedford, zacząłem ganiać słoneczko i gwiazdki sekstantem „co by my wiedzieli, kaj my to som”. Kuba patrzył na to z dużym zainteresowaniem. W końcu zapytał:
- Jak ty to robisz, że to jest tak szybko? Dwie – trzy minuty i masz linię pozycyjną.
- A tobie ile to zajmuje? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie, jak nasi starsi bracia w wierze.
- Nic mi nie zajmuje, bo tego nigdy nie robiłem. Nie mam zielonego pojęcia o astro. To znaczy - nauczyłem się kiedyś, żeby zdać egzamin na wielkiego, ale nic z tego nie pamiętam.
- To jak ty na jednych i drugich regatach przejechałeś Atlantyk?
- Jak to „jak”? Na zliczeniówce.
Widok mojej gęby był podobno bezcenny.
Skutek był taki, że posadziłem Kubę, a przy okazji i Radomińskiego w kokpicie (przypominam, że stołu w mesie nie było) i zrobiłem im wykład (o rany, który to już raz w życiu) z cyklu „astronawigacja dla idiotów”. W rezultacie Kuba i Andrzej w każdej wolnej chwili prawie się bili, który z nich zrobi linię pozycyjną.
Wiadomo wszak, że duzi chłopcy też lubią zabawki, tyle, że działa tu angielska zasada „The difference between men and boys is the price of their toys”.


Dotarliśmy do Southampton. Przedstawiciel producenta obejrzał maszt i powiedział: „Sorry, nasza wina. Dajcie nam 10 dni na zrobienie nowego masztu”. Zrobili, ale musieliśmy jeszcze czekać ponad tydzień na inną firmę, która robiła olinowanie.
No i wreszcie wyszliśmy.

CDN (niebawem)

_________________
Pozdrawiam
Janusz Zbierajewski



Za ten post autor Zbieraj otrzymał podziękowania - 6: K.B., Kudłate Stworzenie, Rafał, Walen, WIT, Węzełek
Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 4 lut 2011, o 19:55 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 kwi 2006, o 11:31
Posty: 16795
Lokalizacja: Warszawa
Podziękował : 1885
Otrzymał podziękowań: 3334
Uprawnienia żeglarskie: ***** ***
Zbieraj napisał(a):
- Jak ty to robisz, że to jest tak szybko? Dwie – trzy minuty i masz linię pozycyjną.
Janusz, czy można potraktować powyższy cytat jako reklamę wtorkowego spotkania 22 lutego? :-) :-)

A na poważnie, Zbieraj pisze, że "Radio pośredniofalowe, częstotliwość giełdy i pajechali," - zapewne wielu jawno i skrytoczytaczy nie bardzo kojarzy co to jest, a w zasadzie czym była "giełda".

Chodzi o to, że dwa razy na dobę (na Atlantyku bodajże o 2000 i 0800) radiooficerowie na wszystkich statkach przełączali swoje radiostacje na zakres HF12 i dostrajali się do 12359 kHz. Było to działanie całkowicie pozaregulaminowe - nie w sensie, że łamali regulamin, tylko, że nigdzie nie było zapisanego takiego obowiązku - i w ten sposób tworzyło się coś na podobieństwo... forum internetowego :-)
Każdy wówczas mógł uzyskać poradę od "dobrych duszków", poprosić o jakąś pomoc czy tak jak Janusz opisał - materiały.

Giełdy umarły śmiercią naturalną w momencie wielkiego likwidowania stanowisk radiooperatorów :-(

_________________
Pozdrawiam,
Marek Grzywa


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 4 lut 2011, o 20:07 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 15 cze 2009, o 04:47
Posty: 12341
Lokalizacja: Warszawa
Podziękował : 2635
Otrzymał podziękowań: 2076
Uprawnienia żeglarskie: młodszy marynarz śródlądowy
Maar napisał(a):
Giełdy umarły śmiercią naturalną w momencie wielkiego likwidowania stanowisk radiooperatorów :-(

Nie do końca - giełda na pewno jeszcze działała, gdy płynąłem Scampem w 2002 roku.

I chyba było to o 0900 UTC.

_________________
Pozdrawiam
Wojtek
http://wojtekzientara.pl/


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 4 lut 2011, o 20:09 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2 lip 2010, o 09:24
Posty: 2787
Lokalizacja: Norge
Podziękował : 96
Otrzymał podziękowań: 331
Uprawnienia żeglarskie: hm...
To może w ramach dygresji wykład pt. "astronawigacja dla idiotów"? :)


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 4 lut 2011, o 21:31 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 kwi 2006, o 11:31
Posty: 16795
Lokalizacja: Warszawa
Podziękował : 1885
Otrzymał podziękowań: 3334
Uprawnienia żeglarskie: ***** ***
Stara Zientara napisał(a):
Nie do końca - giełda na pewno jeszcze działała, gdy płynąłem Scampem w 2002 roku.

I chyba było to o 0900 UTC.

Umarła w sensie, że nie jest powszechna i chyba mało który statek bierze w giełdzie udział. Znalazłem na yachtsman.info całą listę akwenów i godzin giełd od Karaibów po Środziemne.

BTW w czasach, gdy odbywał się rejs na Spanielu, giełda występowała w wersji "forumowej" za pomocą emisji paszczowych oraz w wersji "usenetowej" - twarde zasady, nie bierzemy jeńców i praca kluczem w emisji A2A :-) :-)

_________________
Pozdrawiam,
Marek Grzywa


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 4 lut 2011, o 21:45 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 16 sie 2009, o 01:45
Posty: 9992
Podziękował : 2977
Otrzymał podziękowań: 3355
Uprawnienia żeglarskie: różne....
Maar napisał(a):
Giełdy umarły śmiercią naturalną w momencie wielkiego likwidowania stanowisk radiooperatorów :-(

Jeszcze ładnych parę lat trwała inna gielda, ludziska na mostkach gadali sobie głownie na MF-ie, w dziurach oficjalnego podziału częstotliwości, wywołując się na 2128kHz zaraz po wieczornej prognozie BBC4 (tej na 198kHz)
Zasieg - Europa z przyległościami typu Kanary i Azory.

_________________
Jaromir Rowiński aka pierdupierdu
Jeżeli masz ochotę komentować takie poglądy, których co prawda nigdy nie wyraziłem, ale które kompletnie bez sensu i z sobie tylko znanej przyczyny usiłujesz mi przypisać - droga wolna. Śmiesznych nigdy dość...


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 4 lut 2011, o 22:15 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 10 sie 2009, o 15:04
Posty: 14323
Lokalizacja: Stara Praga
Podziękował : 606
Otrzymał podziękowań: 5395
zosta napisał(a):
To może w ramach dygresji wykład pt. "astronawigacja dla idiotów"? :)

Proszę bardzo. Mówisz i masz :lol:

http://www.akz.lodz.pl/dok/astro-by-zbierajewski.pdf

_________________
Pozdrawiam
Janusz Zbierajewski


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 4 lut 2011, o 23:37 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 2 lip 2010, o 09:24
Posty: 2787
Lokalizacja: Norge
Podziękował : 96
Otrzymał podziękowań: 331
Uprawnienia żeglarskie: hm...
Pikne.
W ramki oprawię :)

kompletny idiota: z.


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 5 lut 2011, o 00:48 

Dołączył(a): 2 mar 2008, o 22:03
Posty: 9897
Podziękował : 370
Otrzymał podziękowań: 1279
Czy ten pamiętnik wyjdzie w wersji ksiązkowej?

_________________
pozdrowienia piotr


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 5 lut 2011, o 00:54 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 15 cze 2009, o 04:47
Posty: 12341
Lokalizacja: Warszawa
Podziękował : 2635
Otrzymał podziękowań: 2076
Uprawnienia żeglarskie: młodszy marynarz śródlądowy
przygotowujemy powoli :)

_________________
Pozdrawiam
Wojtek
http://wojtekzientara.pl/


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 5 lut 2011, o 09:03 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 10 sie 2009, o 15:04
Posty: 14323
Lokalizacja: Stara Praga
Podziękował : 606
Otrzymał podziękowań: 5395
helixwroclaw2005 napisał(a):
Zbieraj napisał(a):


Zbieraj nie mogę tego linka otworzyć . Tylko ja?

Ten pdf w krótkich prostych słowach :D już gdzieś był wklejany ale nie mogę znaleźć :(
---------------------------
Już otworzyłem Moda proszę o skasowanie mojego postu :wink:

To moje epokowe dzieło krąży po Internecie, jak kiedyś widmo komunizmu krążyło po Europie (vide Marks&Engels).
W razie kłopotów - wguglaj w Google "Zbierajewski + astronawigacja" i masz pełen wybór ściąg

_________________
Pozdrawiam
Janusz Zbierajewski


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 5 lut 2011, o 09:08 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 19 lut 2006, o 20:35
Posty: 842
Lokalizacja: Ruda Śląska
Podziękował : 29
Otrzymał podziękowań: 47
Kiedyś do śp. Magazynu Rejs dodali w postaci broszurki wie(l)kopomne dzieło Zbieraja (o ile czegoś nie pokręciłem), może czasem się pojawić na jakimś allegro...

Nie pokręciłem. Dzieło pojawiło się wraz z nr 11,12/2001


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 5 lut 2011, o 09:55 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 15 cze 2009, o 04:47
Posty: 12341
Lokalizacja: Warszawa
Podziękował : 2635
Otrzymał podziękowań: 2076
Uprawnienia żeglarskie: młodszy marynarz śródlądowy
tu też jest:
http://strony.aster.pl/zientara/files/a ... jewski.pdf

_________________
Pozdrawiam
Wojtek
http://wojtekzientara.pl/


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 5 lut 2011, o 15:27 

Dołączył(a): 23 lis 2010, o 23:26
Posty: 319
Podziękował : 205
Otrzymał podziękowań: 44
Uprawnienia żeglarskie: ...
Proszę bardzo w internecie jako strona www, na przykład tutaj:

http://www.nauticalissues.com/astro-nav.html


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 5 lut 2011, o 16:45 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 10 sie 2009, o 15:04
Posty: 14323
Lokalizacja: Stara Praga
Podziękował : 606
Otrzymał podziękowań: 5395
Odcinek 4


Pech nas jednak nie opuszczał. Jeszcze przed wyjściem z cieśniny Solent – zaczęło się rozwiewać. Kuba zarządził refowanie grota. Poszedłem do masztu, odpuściłem hamulec kabestanu grota – dość nonszalancko przytrzymałem korbę. Niestety, moja wina, za słabo. Korba odbiła i palnęła mnie w ostatni paliczek małego palca prawej ręki. Ból był potworny, ale grota zarefowałem.

Wyszliśmy na Kanał. W pewnym momencie fala z prawego baksztagu podbiła rufę . Siedzący w nawigacyjnej Andrzej został wyrzucony z fotela, przeleciał lotem koszącym jacht w poprzek, wylądował żebrami na krawędzi szafki w kambuzie i padł. Wrzask, ból w klatce piersiowej , zwłaszcza przy oddychaniu.

Wszystko wskazywało, że ma pęknięte żebro, albo i kilka. Ze wskazaniem na „kilka”.
Co tu robić? Trzeba gdzieś wejść, a my nie mamy żadnego planu portu. Wybraliśmy Calais. Postawiliśmy „Spaniela” w dryf, żeby zwolnić, bo jeszcze była noc i o świcie weszliśmy do portu.

Tam wezwaliśmy pogotowie, no, znaczy – straż pożarną, bo tam straż wozi chorych. Pojechałem z Andrzejem, żeby przynajmniej wiedzieć, do którego szpitala go zawiozą. Prześwietlenie wykazało pęknięcie kilku (bodajże trzech) żeber, więc położyli Andrzeja w wyrze na kilka dni.

Wykorzystałem, że lekarz-rentgenolog, młody, sympatyczny facet, gadał w języku langłydż, powiedziałem mu o swoim bólu w palcu.

- Połóż tu łapę – powiedział lekarz – to ci ją prześwietlę.

Położyłem prawą dłoń na stole, a pan doktor na to: - Ach jaka piękna fraktura!

Okazało się, że kość w ostatnim paliczku jest zupełnie odcięta od reszty.
Myślałem, że wsadzą mi to w gips, ale nie…. Nowoczesność w polu i zagrodzie. Na palec założyli mi bajerancką szynę aluminiową wykładaną gąbką. Od górnej części dłoni, dookoła palca i po wewnętrznej części dłoni, aż za nadgarstek.
Wróciłem na jacht i czekaliśmy, aż pozwolą Andrzeja transportować. Trwało to 5 czy 6 dni.

Dzięki szynie, która unieruchamiała mi palec w pozycji „ruki po szwam” odkryłem, do czego w życiu codziennym jest potrzebny mały palec. Otóż – jest niezbędny do smarowania chleba! Kiedy trzymamy w prawej ręce nóż, nie zdajemy sobie sprawy z tego, że małym palcem przytrzymujemy trzonek, żeby się nie obracał. Przy wyprostowanym i unieruchomionym małym palcu posmarowanie kromki masłem, zwłaszcza chłodnym – to wyższa szkoła jazdy.

Dygresja: W ostatnim dniu regat Kubie wysiadł samoster. Ostatnią dobę przejechał na ręcznym sterowaniu. W naszej drodze powrotnej nie miało to dotąd większego znaczenia, bo na pokładzie było pięciu chłopa. Teraz jednak było inaczej. Frederic się wyokrętował, Andrzej – jak wróci – będzie płynął w stanie leżącym, więc do sterowania zostanie nas trzech: Kuba, Jurek i ja. Kuba się zaparł, że skoro i tak nie mamy nic do roboty – spróbuje rozgryźć ten samoster i naprawić go.
Jak powiedział – tak zrobił. Minęły trzy dni dłubania i – samoster działa. Prawie nówka sztuka, mało śmigana. Wrócę jeszcze do tego tematu później.


Po odebraniu Andrzeja ze szpitala [ze wskazaniem: ma leżeć na wygodnym (he, he, he) i stabilnym (hi, hi, hi) łóżku] – wyszliśmy z Calais. Pogoda paskudna. Silny wiatr i mglisto, chwilami silna mgła.

Kurs – na Texel. Nad ranem wysztrandowaliśmy na holenderskim Noorderhaaks przy Den Helder. Jest to opisane i przez Andrzeja w „Okraku” i w orzeczeniu Izby Morskiej.

Pudełko: Siedzisz na mielu i nic nie rozumiesz

Siedzimy na płytkim, w dużym przechyle, co chwilę przez cały jacht przewalają się fale. W jakiś czas po wezwaniu pomocy – podpłynęła motorówka ratownicza. Zatrzymała się 50 m od nas, po czym z motorówki wysiedli dwaj faceci i… przyszli pieszo do nas. Co jest? Chrystus ze świętym Piotrem czy cóś? Dopiero po dłuższej chwili dotarło do nas, że skoro my leżymy prawie na burcie, to całe „groźne morze” wokół ma głębokość metrową.

Ustaliliśmy co i jak, no i się zaczęło.

Punkt pierwszy – to zabranie Andrzeja na ląd. Punkt drugi – ściągniecie „Spaniela” z mielizny. Z pierwszym – nie było problemu, natomiast z drugim...

Przy następnej wysokiej wodzie przyszła motorówka. Nic. Przy następnej – dwie. Nic. Holendrzy zażyczyli sobie zamówienia dużego holownika. Kuba zamówił. Przypłynął potężny „Titan” z Ijmuiden. Zawodowcy. Holownik miał 6 m zanurzenia, więc zakotwiczył 2 kable od nas, bo bliżej nie mógł. Przywieźli z sobą 150 m liny. Postali chłopcy, postali, stwierdzili, że nic się nie da zrobić i odpłynęli.

Kiedy woda opadała, jacht leżał na miękkim piasku, a my robiliśmy sobie spacery po Noorderhaaks. Potem wody przybywało, więc trzeba się było szybko ewakuować na „Spaniela”. I tak przez trzy doby, mimo próśb, gróźb, naszych wrzasków przez UKF-kę i innych „środków nacisku”.

Po trzech dniach kapitanat podjął męską decyzję. Syzygia się kończy. Dzisiaj albo za dwa tygodnie. Przypłynęły trzy motorówki, wzięły nas za łeb, znaczy za balast, (myśmy postawili i wybrali „na blachę” żagle, żeby zwiększyć przechył) i bez większych problemów ściągnęły nas z mielizny. A kiedy „Spaniel” wyprostował się na głębokiej wodzie – musieliśmy awaryjnie zrzucać żagle, bo jacht zaczął ciągnąć motorówki. W porcie przyszedł nurek, stwierdził brak jakichkolwiek uszkodzeń, poza paroma lekkimi zarysowaniami żelkotu.

Pudełko: O czym Radomiński nie napisał, bo wtedy nie mógł.

Wydaliśmy dziękczynne przyjęcie. Zaprosiliśmy miejscową elitę. Między innymi – szefa, o, pardon, prezydenta policji. No i szef puścił farbę:

- Chłopaki, wybraliście najgorszy możliwy dzień na to sztrandowanie. My tu mamy konferencję admirałów NATO. Każdy przyjechał ze swoją ochroną, ja mam wszystkich swoich postawionych na baczność, w tym mieście już nikt nie wie, kto kogo ma pilnować. I nagle, niemal pod oknami sali konferencyjnej włazi na mieliznę jakiś jacht z banderą państwa Układu Warszawskiego, rzekomo jednostka sportowa.

Mogliśmy was ściągnąć od razu, ale dostaliśmy zakaz. Polecono mi posłać przy następnej wysokiej wodzie płetwonurków, żeby sprawdzili, jakie urządzenia macie wbudowane w dno. Potem czekaliśmy na ustalenie, kim wy naprawdę jesteście. Dopiero kiedy Amerykanie (cholera wie kto, chyba CIA) ustalili, sprawdzając w Newport, że to naprawdę jacht sportowy i to najszybszy w regatach, dostaliśmy zgodę. No to wzięliśmy was za łeb i do portu.

Pudełko: Szczęśliwy powrót bez happy endu

Dwa dni później wyszliśmy. Powrót do domu był właściwie bez większych ekscesów, jeśli nie liczyć mrozów i śnieżycy. Kanał Kiloński przechodziliśmy przy minus 5 i śnieżycy ze wschodu. Po 15 minutach sterowania następowała zmiana, a sternik wchodził do środka i usiłował roztopić lodową skorupę łączącą brodę, kaptur i kołnierz swetra.

Zatrzymaliśmy się jeszcze na 1 dzień w Kieler Yacht Clubie. Wieczorem wyszliśmy, rozcinając w basenie klubowym taflę lodu. Następnego dnia weszliśmy do basenu „Certy” w Świnoujściu. Tam dowiedzieliśmy się, że właśnie przyszła wiadomość, iż Czesław zginął, „Raczyński II” zatonął, a załogę uratował jakiś statek, który płynie na Karaiby.

Kuba się wyokrętował i pojechał do domu, a my we trójkę dopłynęliśmy do basenu jachtowego na Golęcinie. Ściślej – we czwórkę, bo na dziobie ulepiliśmy bałwana ze śniegu zebranego na pokładzie.

A tam było huczne powitanie: Czekała na nas… komisja inwentaryzacyjna, bo przed planowaną sprzedażą „Spaniela” trzeba było ustalić, co na nim jest, a czego nie ma.

„Spaniel” stał przez wiele miesięcy na Golęcinie, aż wreszcie znalazł się klient z Łotwy. Jacht sprzedano, ku irytacji nie tylko Kuby, ale i niemal całego środowiska żeglarskiego.
Straciłem „Spaniela II” z oczu na 20 lat.

CDN (już niedługo :wink:)

_________________
Pozdrawiam
Janusz Zbierajewski



Za ten post autor Zbieraj otrzymał podziękowania - 9: baoo, Colonel, Kudłate Stworzenie, Maar, nauaag, Rafał, WIT, Węzełek, Zgrzyb
Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 5 lut 2011, o 22:03 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 8 lut 2010, o 10:24
Posty: 9726
Lokalizacja: Paryz
Podziękował : 1136
Otrzymał podziękowań: 2181
Uprawnienia żeglarskie: wszelakie : )
Czytalem o tym wszystkim, takze "Okrakiem przez Atlantyk" i jestem szczesliwy poznajac utajnione, szersze i pasjonujace i pikantne detale calej tej historii ( WTC, NATO, CIA, etc.)
Bedac w kregu osob i wydarzen na pozycji wybitnie uprzywilejowanej, z pewnoscia mozesz wypowiedziec sie na temat slawnych ( nieslawnych wg. niektorych ) "wysiegnikow zaburtowych" ( à la proa...), czyli broni tajemnej o ktorej mowilo sie duzo... i nawet pisalo w fachowych periodykach ( Rejsy)
Byla, czy nie?
Catz Ciekawy

_________________
Wszyscy jestesmy winni - jak od zawsze pouczal Winniczek Slimak


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 6 lut 2011, o 12:19 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 10 sie 2009, o 15:04
Posty: 14323
Lokalizacja: Stara Praga
Podziękował : 606
Otrzymał podziękowań: 5395
M@rek napisał(a):
Zbieraj napisał(a):

Drogi Januszu, ja wiem ze to juz sporo lat minelo i Jak sam napisales, regaty to nie Twoja specjalnosc, ale dla wielu jestes niekwestionowanym autorytetem, dlatego
proponuje zebys odszukal dane techniczne Spaniela II albo chociaz przyjzal sie zdjeciom.
Czy Spaniel II mial szanse w innych regatach ? Kuba sadzil ze tak i wlasnie dlatego
nie byl zainteresowany sprzedaniem a kolejnymi startami. Niestety nie On decydowal
a Jego, Stoczni i Biura konstrukcyjnego byly dla paru osob "sola w oku".
Nie dane Mu bylo startowac na polskiej lodce wiec wystartowal na obcej( Spanielek)
i to byla praktycznie Jego ostatnia przygoda z duzymi regatami.

Pozdrowienia
M@rek

Marku, ja jestem ostatni do oceniania czyichkolwiek szans regatowych. Kuba twierdził, że tak, ale miał głównie na myśli planowane wówczas regaty dwuosobowe na tej samej trasie i wg tych samych reguł. (BTW - nie wiem, czy takie regaty się odbyły.) Szanse oczywiście były, ale to wynikało głównie z tego, że była to na owe czasy cholernie szybka łódka, a Kuba był wybitnym regatowcem, ale jak by to wyglądało po uwzględnieniu przeliczników - nie mam pojęcia.
A zdjęć "Spaniela II" w sieci - nie znalazłem. Nawet na stronie "stoczniowej" są z tamtych czasów zdjęcia z wodowanie "Nike" Konkolskiego, są fotki Cariny i innych maluchów, a po "Spanielu" - ani śladu.

_________________
Pozdrawiam
Janusz Zbierajewski


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 98 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4  Następna strona


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 114 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
[ Index Sitemap ]
Frezowanie modeli 3D | Stocznia jachtowa | Nexo yachts | Łodzie wędkarskie Barti | Szkolenia żeglarskie i rejsy NATANGO
Olej do drewna | SAJ | Wypadki jachtów | Marek Tereszewski dookoła świata | Projektowanie graficzne


Wszystkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment serwisu "forum.zegluj.net" ani jego archiwum
nie może być wykorzystany w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody właściciela forum.żegluj.net
Copyright © by forum.żegluj.net


Nasze forum wykorzystuje ciasteczka do przechowywania informacji o logowaniu. Ciasteczka umożliwiają automatyczne zalogowanie.
Jeżeli nie chcesz korzystać z cookies, wyłącz je w swojej przeglądarce.



POWERED_BY
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL