Forum Żeglarskie

Zarejestruj | Zaloguj

Teraz jest 22 lip 2019, o 06:56




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 24 ] 
Autor Wiadomość
PostNapisane: 28 sty 2019, o 21:10 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 paź 2011, o 19:24
Posty: 3843
Lokalizacja: Kraków
Podziękował : 192
Otrzymał podziękowań: 963
Uprawnienia żeglarskie: galernik
Przy okazji trzeciej rocznicy szczęśliwego cumowania Polonusa, w Chile, w marinie Miclawi, postanowiłem opublikować w odcinkach książkę/dziennik, opisującą akcję Uratuj Polonusa. Historia wiedziona kartkami kalendarza od chwili wylotu ekipy na Antarktydę aż po szczęśliwy powrót jachtu do bezpiecznej mariny w Chile.
Nakład papierowy został wyczerpany, ostatnie pojedyncze egzemplarze można gdzieś w sieci znaleźć, kupić. Być może będzie dodruk, być może tym razem pokuszę się o dystrybucję poprzez tradycyjną sprzedaż w księgarniach, ale póki co - kto ciekawy, a nie miał okazji trafić na oryginalny egzemplarz - zapraszam do lektury.
Postaram się codziennie opublikować relację z jednego, kolejnego dnia. Jeśli w miarę postępu lektury, czy w danym momencie pojawią sie jakies pytania, kontrowersję - zapraszam do dzielenia się w wątku swoimi przemyśleniami

* ~ * ~ * ~ * ~ * ~ * ~ * ~ * ~ * ~ *

część pierwsza to prócz wstępu - pierwszy dzień akcji, pierwszy dzień podróży


Załączniki:
strona tytułowa.pdf [28.37 KiB]
Pobrane 68 razy
Strona nr 3.pdf [826.2 KiB]
Pobrane 77 razy
Strona nr 4.pdf [205.52 KiB]
Pobrane 65 razy
Strona nr 5.pdf [741.37 KiB]
Pobrane 78 razy

_________________
Tomek Sosin - +48 724 334 721
... jakby było lepiej - to by sie nie dało wytrzymać!

Za ten post autor Sajmon otrzymał podziękowania - 2: gzajac, Jacenty67
Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 2 lut 2019, o 16:20 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 19 mar 2014, o 19:53
Posty: 3027
Podziękował : 25
Otrzymał podziękowań: 62
Uprawnienia żeglarskie: utalentowane bezpatencie
Tomek - czekamy na kolejne strony :D
Jest zimowo, a więc czas sprzyjający czytaniu.

Pozdrawiam
Jacek


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 2 lut 2019, o 17:15 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 paź 2011, o 19:24
Posty: 3843
Lokalizacja: Kraków
Podziękował : 192
Otrzymał podziękowań: 963
Uprawnienia żeglarskie: galernik
Muszę ogarnąć kwestie techniczne :)
Moderacja zasugerowala, że pliki ktore wygenerowalem sa nazbyt pamięciożerne

_________________
Tomek Sosin - +48 724 334 721
... jakby było lepiej - to by sie nie dało wytrzymać!


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 2 lut 2019, o 18:11 

Dołączył(a): 16 lis 2010, o 17:17
Posty: 7898
Podziękował : 1006
Otrzymał podziękowań: 3142
Uprawnienia żeglarskie: pływam sobie gdzie chcę
Wrzuć na serwer, a. a forum podaj linki. Nie obciążysz tym samym forum.


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 2 lut 2019, o 22:45 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 19 sty 2012, o 01:32
Posty: 2007
Lokalizacja: gdzie zawieje :-)
Podziękował : 408
Otrzymał podziękowań: 758
Uprawnienia żeglarskie: mam
Generalnie nie lubię pobierania plików że strony, ale to w końcu jest szansa by książkę przeczytać i zobaczyć nad czym Sajmon ślęczał nocami w bazie :-)

_________________
Seba

"Są dwie naprawdę bezgraniczne rzeczy - Wszechświat i ludzka głupota; co do Wszechświata nie jestem całkiem pewien. Albert Einstein


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 2 lut 2019, o 22:54 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 kwi 2006, o 12:31
Posty: 16475
Lokalizacja: Warszawa
Podziękował : 1517
Otrzymał podziękowań: 2907
Uprawnienia żeglarskie: Wszystkie konieczne
Sajmon napisał(a):
nazbyt pamięciożerne
Nie pamięciożerne, tylko zajmują dość dużo miejsca.

;-)

_________________
Pozdrawiam,
Marek Grzywa


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 3 lut 2019, o 13:49 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 19 mar 2014, o 19:53
Posty: 3027
Podziękował : 25
Otrzymał podziękowań: 62
Uprawnienia żeglarskie: utalentowane bezpatencie
Tomek - nie masz pełnej wersji w formacie pdf?
Może ma ją wydawca :D
Ja wiem, że prawa autorskie, itd., itp., ale jeśli nie planujesz kolejnego wydania, to jedyną możliwością przeczytania całej książki jest wrzucenie całego pdf gdzieś w sieci, a na forum wystarczy link - tak jak pisał Plitkin.


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 3 lut 2019, o 16:40 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 paź 2011, o 19:24
Posty: 3843
Lokalizacja: Kraków
Podziękował : 192
Otrzymał podziękowań: 963
Uprawnienia żeglarskie: galernik
To ja jestem wydawcą, ale wymyśliłem sobie taką "zabawę" w publikowanie, w czytanie książki w odcinkach, jak niegdyś publikowane były odcinki książek w gazetach. Aby nie obciążać miejsca na serwerze na forum umieszczę sam tekst i może od czasu do czasu zdjęcia, które w książce towarzyszyły opowieści. A zatem raz jeszcze wystartuję dzisiaj prezentując pierwszy dzień wypfawy, pierwszy dzień podróży


Ostrzeżenie!

Nie spodziewajcie się proszę spotkania z literaturą piękną. Nie jestem, ani nie mam ambicji być pisarzem. Tak jak potrafłem, zapisałem w formie dziennika opis zdarzeń, działań, emocji, wrażeń. Zapis ten jest moją subiektywną relacją z akcji, która nie ma precedensu w historii żeglarstwa. Pewnie trafcie na jakieś błędy, niezręczności językowe, powtórzenia… To jest cena, jaką trzeba zapłacić chcąc poznać przebieg wydarzeń, które miały miejsce na Antarktydzie na przełomie 2015 i 2016 roku.

Wtorek, 21 października 2015 r.
Lotnisko Okęcie. Czekamy na samolot, rozpoczyna się pierwszy etap podróży na Antarktydę.
Wciąż jeszcze nie wierzę w to, co robię. Ile razy ja się zarzekałem, że „nie pływam za karę”, że jestem ciepłolubny, że religia mi nie pozwala pływać w swe- trze. Tymczasem jestem w drodze na dalekie południe, na Antarktydę, na Wyspę Króla Jerzego. Przed wylotem udało mi się zrobić krótką powtórkę z geografi, bo należałem do tej frakcji ludzkości, która miewa kłopoty w rozróżnieniu Antark- tydy i Antarktyki. Otóż Antarktyda to kontynent, ląd oblany Oceanem Południo-wym, natomiast Antarktyka to obszar obejmujący Antarktydę wraz z otaczającym ją Oceanem Południowym. Zalicza się również do niej wyspy położone na tym- że oceanie. Antarktyda to najzimniejszy, najbardziej suchy i najbardziej wietrzny z kontynentów. Gdzie ja się wybieram? Nie do wiary. Jeszcze cztery dni temu pły- wałem po ciepłym Adriatyku, a dzisiaj na lotnisku ściskam dłonie facetów, którym najwyraźniej też w domu się nudzi. Seba – sprawca, prowodyr, pierwszy kamień ruszającej lawiny, Janusz vel Szkutnik – jednoosobowy departament spraw kon- strukcyjnych wyprawy, Marcin – dla mnie człowiek zagadka, mój ulubiony, fo- rumowy śmiertelny wróg. „Znamy się” z żeglarskiego forum zegluj.net.pl, ale na tymże forum nie kłócimy się bynajmniej o styl pływania czy o wyższość jednostek plastikowych nad metalowymi itp… Ścieramy się w wątkach politycznych! Zawsze mamy przeciwne zdanie i chyba nigdy jeszcze nie zgodziliśmy się w żadnej kwestii. Mówimy do siebie pieszczotliwie – ja do niego „Pieprzony Lewak”, on do mnie „Tępy Prawak”.
Kiedy niemal rok temu Seba zainicjował akcję „Uratuj Polonusa”, prawdę mówiąc nie stawiałem złotówki na to, że akcja odniesie sukces. Chociaż sam, jak wielu z tych, którzy znają i lubią jacht i kapitana, wsparłem akcję, to nie wierzyłem, by w ciągu kilkunastu tygodni można było zebrać oczekiwaną kwotę. Nie sądziłem, że z dobrowolnych wpłat można zebrać środki na tak niepewne przedsięwzięcie. A jednak. W ciągu kilkunastu tygodni zebrano niemal 100 000 PLN. Nie do wiary, ale jednak udało się i machina ruszyła. Starałem się śledzić aktywność nowego armatora Polonusa. Od czasu do czasu dzwoniliśmy do siebie, ale wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, żebym razem z nim miał wybierać się po jacht na Antarktydę. Owszem, akcja pobudzała ciekawość i wyobraźnię, opowiadałem o niej wszystkim moim chorwackim załogom, ale to wszystko. Raz, że jak wspomniałem, nie jestem fanem polarnego klimatu, dwa, że mam od dziecka awersję do majsterkowania. W domu maksimum moich możliwości technicznych to wymiana żarówki, dokręcenie gniazdka w ścianie. No, owszem, jeśli muszę albo bardzo chcę… Zdarzyło mi się nawet zbudować kilka mebli, czy wykonać jakiś mały remont. Meble kuchenne, które zbudowaliśmy u Stanleya i Marii, moich przyjaciół, służą w ich mieszkaniu już naście lat… Ale nie, nie, nie… „To nie moje klimaty” powtarzałem – no i proszę bardzo, co się porobiło – stoję na lotnisku.
Już czas się ruszyć do odprawy, bo samolot odfrunie bez nas.

Post factum
Jeszcze w trakcie końcówki przygotowań do akcji, ale i po powrocie, gdy już emocje opadły, zastanawiałem się nad moją motywacją do udziału w tym przedsięwzięciu. I nie potrafłem jednoznacznie i z przekonaniem odpowiedzieć, co mnie do tego skłoniło. Prawdopodobnie kropla zaczęła drążyć skałę na długo wcześniej, nim świadomie zacząłem rozważać przyłączenie się do zespołu, rozpatrywać wszelkie „za” i „przeciw”. Wyzwanie, niepewność, jakiś element pionierstwa i przygoda. Jasne, że to kręci, ale koszty, te bezpośrednie liczone w PLN, koszty wyjazdu na bliżej nieokreślony czas, koszty porzucenia spraw krajowych, frmowych, rejsowych.
Te codzienne przyziemne tematy gasiły w zarodku, nawet cień myśli o udziale w akcji. Sam jednak kręciłem na siebie bicz, gdy w czasie chorwackich rejsów opowiadałem z entuzjazmem moim załogom o polonusowej akcji. Raz, by zachęcić do poparcia złotówkowego, dwa, że pośród moich współżeglarzy znaleźć się mogli potencjalni członkowie antarktycznej ekspedycji. Obawiam się, że to ja, sam przez siebie, zostałem najmocniej i najskuteczniej zachęcony i nakręcony. Ponadto niektórzy z moich przyjaciół żeglarzy przekonywali mnie, że to właśnie ja powinienem dołączyć do Seby i jego drużyny. Tak. Sierpniowe dyskusje pod chorwackim niebem, to wiele znaczyło. I jeszcze jedna istotna sprawa. Książka. Wiele razy, opowiadając anegdotki z odbytych rejsów, słyszałem: „powinieneś to opisać, zapisać, napisać, wydać”…
Uważałem jednak, że nie powinienem w żadnej formie opisywać i podawać do wiadomości publicznej tego, co na moich adriatyckich rejsach najciekawsze, najśmieszniejsze, najbardziej „sensacyjne”. Nie po to ludzie ze mną płyną na wakacje, żeby mieli się stresować, że przeczytają potem w mojej książce (oni to nic, ale ich żony, matki, mężowie, kochanki, szefowie, uczniowie, podwładni) o tańcach na rurze w Hvarze, o pidżama party w dyskotece na Korculi, joincie wy- palonym w Seszuli pod rozgwieżdżonym niebem… Na wakacjach ludzie mają prawo do odrobiny luzu przy zachowaniu pełni prywatności. Ale wyprawa na Antarktydę to coś innego. To może kilka osób zainteresować, a jeśli przyjąć z góry założenie, że chcę zostawić piśmienniczy ślad po wyprawie, jeśli uprzedzić współtowarzyszy, że zapisane będą zdarzenia, wpadki, wypadki, przypadki, anegdotki. Tak. Książka, która mogłaby powstać, to był zdecydowanie ważny argu- ment „za”. Wreszcie kwestia być może najważniejsza. Kumpel w potrzebie! Mimo że z Sebą nie łączy mnie tak silna więź, jak z moimi krakowskimi przyjaciółmi, ludźmi, z którymi znam się od lat szkolnych, dziecięcych, młodzieńczych, to jednak, kiedy poznaliśmy się, zauważyłem, że nada- jemy na podobnych falach. Podobne podejście do życia, z dystansem do siebie i do otaczającej rzeczywistości, podobne podejście do żeglarstwa, bez napinki, bez armii ofcerów na pokładzie, bez legend o wilkach morskich smaganych wiatrem i falą… Również troszkę podobne losy, które popchnęły nas w stronę życia pod żaglami. To wszystko, to kolejne elementy układanki, prowadzącej nieuchronnie w stronę udziału w wyprawie.

Dziennik
Lotnisko we Frankfurcie małe nie jest. Mieliśmy sporo czasu, ale nie tak wie- le, żeby myśleć o opuszczeniu portu lotniczego. Powziąłem silne postanowienie, żeby wyprawę połączyć z zadbaniem o swoje zdrowie. Taki pomysł, żeby pobawić się w abstynencję, może trochę poćwiczyć, poprawić kondycję, kto wie. Jeśli będą siły i możliwości. No, ale nie można takich decyzji podejmować zbyt raptownie, a dwunastogodzinna podróż samolotem do Buenos na trzeźwo może okazać się nie do zniesienia. A zatem w strefe bezcłowej nabyliśmy drogą kupna Kapitana Morgana, jakąś czystą wódkę i colę. Okazało się, że nie był to najszczęśliwszy pomysł. Gdy już wchodziliśmy prawie do rękawa wiodącego do samolotu, Janusz wywinął spektakularnego orła i walnął głową o posadzkę tak, że echo trzy razy obiegło ziemię. W pierwszej sekundzie ruszyliśmy z pomocą, myśląc, że to jakieś zasłabnięcie, albo co gorszego... Obsługa lotniska chciała wzywać karetkę, zainteresowały się nami również stewardesy z „naszego” samolotu i one niestety zorientowały się, że Janusz jest po prostu mocno wstawiony. Zrobiła się mała afera, która z każdą chwilą ewoluowała w stronę dużej afery. Czuliśmy się jak trenerzy boksera, który właśnie jest liczony, tłumaczący sędziemu, że zawodnik jest gotowy do dalszej walki. Staraliśmy się być powściągliwi w gestach i słowach, bo każda nadmierna ekspresja i gestykulacja w dzisiejszych czasach na lotnisku to nieomal terroryzm. Zrobiło się jeszcze poważniej, gdy z samolotu wyszli do nas piloci. Zdawaliśmy sobie sprawę, że od kapitana zależy nasze być albo nie być na pokładzie. Na szczęście Marcin bardzo dobrze porusza się w strefe langłydżu, przeprosił, uprosił, wytłumaczył… Nie omieszkał wspomnieć, i to prawdopodob- nie uratowało nam skórę, że czeka na nas statek, że płyniemy na Antarktydę, że żeglarze, że stres. Musieliśmy obiecać, obiecać bardzo przekonywująco, że już bę- dziemy grzeczni. Załoga samolotu dostała polecenie, by mieć na nas baczenie i całą czwórkę objął absolutny zakaz spożywania alkoholu. Trzeba powiedzieć, że zale- cenie abstynencji zostało zrealizowane nader skrupulatnie. Nie dostaliśmy, nawet po jedenastu godzinach lotu, ani grama białego wina serwowanego do obiadu. No, ale nic to! Każdemu się mogło zdarzyć. Jeden za wszystkich… Trochę obawiałem się, jak bardzo będzie się dłużyło paręnaście godzin lotu, ale jakaś lektura, sporo snu, kilka flmów sprawiło, że „już po chwili” byliśmy w Buenos Aires. Po drodze pogadałem trochę z Sebą o jego kilkumiesięcznej, przedwyprawowej, bieganinie i przygotowaniach do wyprawy. Zakupach sprzętu i niezbędnych materiałów. No, niestety okazało się, że jego optymistyczne kalkulacje w zderzeniu z rzeczywistością były silnie niedoszacowane. Na Antarktydzie czekało na nas zadanie podnie- sienia z ziemi, zabezpieczonego zeszłego roku na suchym lądzie, Polonusa. Konkretniej – musieliśmy zbudować konstrukcję, na której nasza siedemnastotonowa kruszynka zostanie najpierw posadowiona, a następnie wciągnięta do wód Zatoki Admiralicji. W tym samym czasie należało wykonać konieczne naprawy kadłuba i przywrócić silnik do życia. Do tego instalacje elektryczne oraz przyrządy nawi- gacyjne. Aby to było możliwe, wszelkie materiały, narzędzia, części zamienne mu- siały być przywiezione z Polski. Seba musiał dokładnie przewidzieć, co w trakcie wyprawy będzie niezbędne dla osiągnięcia sukcesu. Trzeba było zakupić wszyst- ko, począwszy od gwoździ, śrub, wkrętów, poprzez alternatory, agregat, spawarkę, kable, na elementach konstrukcyjnych łoża kończąc. Gdyby zapomnieć w czasie przygotowań o choćby najmniejszym elemencie… Na Antarktydzie sklepów brak, a kolejna szansa na dostawę z Polski – marzec 2016.

Środa, 21 października 2015 r.

Cdn...

_________________
Tomek Sosin - +48 724 334 721
... jakby było lepiej - to by sie nie dało wytrzymać!


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 3 lut 2019, o 19:56 

Dołączył(a): 12 lis 2013, o 17:55
Posty: 48
Podziękował : 179
Otrzymał podziękowań: 29
Uprawnienia żeglarskie: sternik
No to teraz wszystko jasne - to Szkutnik pił a wyście wszystkie trzeźwe go pilnowały - :-o
Masakra! (jak to mówi młodzież) :rotfl:


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 3 lut 2019, o 20:28 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 paź 2011, o 19:24
Posty: 3843
Lokalizacja: Kraków
Podziękował : 192
Otrzymał podziękowań: 963
Uprawnienia żeglarskie: galernik
MaxLux napisał(a):
No to teraz wszystko jasne - to Szkutnik pił a wyście wszystkie trzeźwe go pilnowały - :-o
Masakra! (jak to mówi młodzież) :rotfl:


A to dopiero pierwszy dzień! Co będzie dalej!?

_________________
Tomek Sosin - +48 724 334 721
... jakby było lepiej - to by sie nie dało wytrzymać!


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 3 lut 2019, o 21:02 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 22 paź 2012, o 10:04
Posty: 4364
Lokalizacja: Olsztyn
Podziękował : 246
Otrzymał podziękowań: 304
Uprawnienia żeglarskie: nie podano
Sajmon napisał(a):
MaxLux napisał(a):
No to teraz wszystko jasne - to Szkutnik pił a wyście wszystkie trzeźwe go pilnowały - :-o
Masakra! (jak to mówi młodzież) :rotfl:


A to dopiero pierwszy dzień! Co będzie dalej!?


Miałem tę możliwość aby osobiście odebrać wersję drukowaną od Sajmona, kiedy był na spotkaniu autorskim w Olsztynie. :D
Słuchacze byli zachwyceni , mogąc porównać foty na slajdach z opisem danej sytuacji , którą opisywał Tomek.
Siedzieliśmy tam wspólnie z Anteliem , sącząc piwo i słuchając tych niesamowitych wrażeń z codziennych dni ich pracy na Arctowskim.

Załącznik:
20190203_194340.jpg
20190203_194340.jpg [ 42.34 KiB | Przeglądane 1788 razy ]


Ale największe wrażenie stresu, strachu, odczułem kiedy czytałem ostatnie rozdziały - przeprawa przez Drakea ....
Wtedy zrozumiałem , ze tych trzech ludzi dokonało czegoś niezwykłego.... uratowali sami siebie i jacht....
Polecam ksiązke wszystkim zeglarzom , a Tomka proszę aby wstawiał kolejne pdfy ... :mrgreen:

_________________
Dariusz
Gdy palec wskazuje niebo, tylko głupiec patrzy na palec...


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 4 lut 2019, o 08:37 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 paź 2011, o 19:24
Posty: 3843
Lokalizacja: Kraków
Podziękował : 192
Otrzymał podziękowań: 963
Uprawnienia żeglarskie: galernik
Dzień kolejny wyprawy. Zapraszam do lektury.

Środa, 21 października 2015 r.

W Buenos na lotnisku ruch jak w ulu. Temperatury letnie, ale na szczęście nie jakiś dramatyczny upał. Tym samym samolotem przyleciało parę osób z ekipy Arctowskiego. Między innymi Tomasz. Tomasz – inżynier, informatyk, podróżnik. Są też jakieś dziewczyny. Dwóch młodych gości – młodych, ale zarazem na pierwszy rzut oka bardzo poważnych. Oczywiście, wszyscy się witamy, przedstawiamy, ale mam taki defekt mózgu, że przy pierwszej prezentacji rzadko zapamiętuję imiona. Wiem, że podróżują z nami dwie Anie, Adam, Czarek, Tomasz, nie potrafę jeszcze jednak przypisać imion do twarzy.
Nie musieliśmy długo czekać, bo już w ciągu kilkunastu minut podejmuje nas Mercedes Vito. Szybko poznaliśmy południowoamerykańskie zwyczaje. Napiwek jest oczekiwany, a właściwie nie – napiwek jest wymagany! Jego wysokość określa pomocnik kierowcy i pobiera przed kursem jako warunek dalszej jazdy. Sprawdziło się stare przysłowie: co kraj, to obyczaj.
Kiepski ze mnie turysta. Nie bardzo ekscytuje mnie fakt, że jestem w boskim Buenos. Zresztą, patrząc na miasto z okna busa, nie dostrzegłem niczego pory- wającego. Pewnie nasza trasa omija najciekawsze miejsca, więc trudno się dziwić, że nie zarejestrowałem niczego, co utkwiłoby w pamięci jako jedyne w swoim rodzaju, charakterystyczne, niepowtarzalne. Mogłoby to być dowolne miasto, na dowolnym kontynencie.
Mikrobus zawiózł nas do Mar del Plata. Jest to zarówno kurort wypoczynko- wy, jak i miasto portowe. Zostaliśmy dostarczeni do małego hotelu mieszczącego się w kilkupiętrowym budynku przy głównej ulicy. Przynajmniej tak wnioskuję, żeulica, która ma osiem pasów w jednym kierunku, to nie jakaś uliczka osiedlowa. Nie wróży to dobrze, jeżeli chodzi o spokojny sen. Zostaliśmy rozlokowani w dwu- osobowych pokojach. Zająłem pokój razem z Sebą na piętrze trzecim, piętro niżej ulokowali się Marcin z Januszem. Wieczorem, być może, zrobimy małe rozpozna- nie okolicy.
Post factum
Zarówno nasze bilety lotnicze, jak i transfer z lotniska i hotel, zorganizowane były przez IBB. Instytut Biologii i Biochemii PAN zarządza Polskimi Stacjami Polarnymi na Spitzbergenie i Antarktydzie. Wyjazd na Antarktydę niewiele miał wspólnego z wycieczką turystyczną z biurem podróży. Obowiązywały nas ścisłe zasady, ograniczenia. Przeszliśmy obowiązkowe szkolenie polarne dotyczące ekologii, zagrożeń, wymogów Układu Antarktycznego. Nie bardzo to ogarniam, ale z tego co zrozumiałem, całość spraw logistycznych związanych z dostarczeniem tak sprzętu czy materiałów, jak i ludzi, załatwia IBB, pośredniczy również w opłacaniu biletów lotniczych, hotelu, transferu. Następnie Seba zwracał te pieniądze IBB, a na końcu łańcuszka uczestnicy wyprawy, zwracali pieniądze Sebie.
Zebrana w akcji „Uratuj Polonusa” kwota wydawała się ogromna! Blisko 100 000 PLN, jed- nak po opłaceniu podatku, po potrąceniu należności przez portal obsługujący prawnie, formalnie i technicznie akcję zbiórki pozostało do efektywnego wykorzystania już tylko około sześć- dziesięciu tysięcy złotych. To nie wystarczyło na pokrycie wszystkich kosztów wyprawy. Seba sprzedał praktycznie wszystko, co miał. Postawił wszystko na jedną kartę, by doprowadzić do realizacji projekt. Uczestnicy wyprawy musieli być zatem nie tylko lekko szurnięci, nie tylko na tyle wolni, by zostawić wszystkie domowe sprawy na sześć tygodni (tak pierwotnie pla- nowaliśmy, choć los już wtedy chichotał za naszymi plecami), lecz musieli jeszcze sporo do tej przygody dołożyć z własnej kieszeni. Na sam bilet przelałem Sebie około 5800 PLN. Pewnie skyscanner.com zawiesiłby się na widok takiej kwoty, ale to były tak zwane bilety marynarskie (jeśli nie przekombinowałem nazwy). To znaczy, ich realizacja jest ruchoma w pewnym zakresie. Nie ma w momencie zakupu ściśle ustalonej daty lotu.

Czwartek, 22 października 2015 r.

Wczorajszego wieczoru nie mieliśmy ochoty na przechadzki. Jedyny spacer, jaki wykonaliśmy, to parę kroków do pobliskiego marketu. Ponieważ dzisiaj bus ma przyjechać po nas dopiero koło trzynastej miejscowego czasu, wypada jednak pozbierać jakieś wrażenia. Kto wie, czy kiedykolwiek dane mi będzie przyjechać raz jeszcze do Argentyny lub innego kraju Ameryki Południowej.
Troszkę połaziliśmy po okolicy. Nad oceanem wielka, szeroka plaża, w czasie odpływu od rzędu parasolek i leżaków do wody jest kawał drogi. Granice plaży wyznacza ulica, za którą wyrastają wielkie hotele. Nie można tego w żaden sposób nazwać kameralnym kurortem. Jeszcze nie sezon, więc na plażach pustki. Wokół mnóstwo nieczynnych, zamkniętych na głucho, lokali, w tym wiele na sprzedaż lub do wynajęcia. Czy to kwestia wahań sezonowych, czy kryzysu? Jako jedno- dniowi turyści zaniechaliśmy tego typu dociekań. Wzdłuż promenady przesiadują grupy młodych ludzi. Taki chyba styl spędzania czasu, dyskutują, śmieją się, gestykulują i każdy, dosłownie każdy, pije yerba mate w charakterystycznych na- czyniach z wystającymi bombillami. Sporo rolkarzy, biegaczy. Przez to, że i plaża, i promenada są bardzo szerokie, wielkie hotelowe budynki położone po ich drugiej stronie nie straszą i nie przytłaczają. Ciekawostka. W sklepach, przy płatności kartą, obowiązkowo należy okazać paszport. Można płacić dolarami amerykańskimi i przelicznik nie jest tragiczny, natomiast euro nie jest akceptowane. Najkorzyst- niej dolary wymieniać na czarnym rynku, ale uznaliśmy, że przy naszych skromnych zakupach nawet drastyczne różnice kursów ofcjalnego i czarnorynkowego nie spowodują zawalenia się budżetu.
Nasz bus – transport do portu okazał się nader punktualny. Zapakowaliśmy się więc i ruszyliśmy.
Port znajduje się na południowym krańcu miasta, nie ma korków, nie ma problemów, tym razem bez napiwków docieramy na miejsce, gdzie już oczekuje na nas Polar Pioneer. Statek wyruszył z Polski dwudziestego września, zabierając na pokład kilkunastu uczestników wyprawy Arctowskiego i naszą załogantkę Basię. Basię Bielenkiewicz. Transport drogą morską jest o wiele tańszy od lotniczego, tyletylko, że podróż z Gdańska do Mar del Plata trwała prawie miesiąc. Polar Pioneer to statek wycieczkowy, nie transportowy, ale, ponieważ obsługuje naprzemiennie ekskluzywne polarne wycieczki w Arktyce i Antarktyce, musi dwa razy do roku przepływać na drugą półkulę Ziemi. Dostarczenie sprzętu i ludzi na zlecenie IBB pokrywa część kosztów transferu do miejsca świadczonych usług turystycznych. Dzięki temu może zaproponować dużo bardziej atrakcyjne ceny, niż jakiś inny sta- tek, który musiałby specjalnie, na zlecenie, odbyć podróż na drugi koniec świata. Ponieważ za przewiezienie materiałów, urządzeń i narzędzi kupionych, przygoto- wanych i wysłanych Pioneerem Seba zapłacił masę kasy – transport statkiem za osoby z załogi Polonusa wynosił zero złotych. To znacznie mniej niż 5800 PLN od osoby za bilet lotniczy Warszawa – Buenos Aires. Szybko podsumowując: po doli- czeniu ubezpieczenia około 1000 PLN, minimalnych choćby inwestycji w indywi- dualny sprzęt, ciuchy, transfery lotniskowe, noclegi w Warszawie przed odlotem itp. podróż do Polskiej Stacji Polarnej kosztowała każdego z mężczyzn przeszło 10 000 PLN.
Nasza czwórka umieszczona została w dwóch kajutach dwuosobowych. Kabiny bardzo przyjemne, dzięki wykładzinom na podłogach, zasłonom w oknach, drewnianym wykończeniom można nawet powiedzieć, że przytulne. W  każdym pokoju, czy może raczej lepiej byłoby powiedzieć w każdej kajucie sporych rozmiarów, jak na warunki statkowe, łazienka. Prysznic i  toaleta z  systemem pneumatycznym, przypominającym rozwiązania stosowane w samolotach pasażerskich. Szafy, biurko, dwupiętrowa koja. Dosyć duże okno, które powodowało, że nie groziła nam klaustrofobia, o możliwości podziwiania widoków nie wspominając. Bardzo sympatyczne warunki do spędzenia kilku dni w drodze na południe.
Po rozpakowaniu wybraliśmy się do miasta, żeby zjeść słynne argentyńskie steki. Daleko nie było, musieliśmy jednak wyjść poza teren portu. Bramki jak u nas na stadionach piłkarskich. Kontrola wnikliwa, dokładna, paszporty, wykrywacz metalu, ale miło, uprzejmie. Niemal zaraz za wrotami portu zaczynało się restauracyjne zagłębie. Wybraliśmy taki lokal, gdzie jednocześnie był i spory ruch, i na stolik nie trzeba było czekać zbyt długo. Troszkę pobiesiadowaliśmy i pogadaliśmy. Wciąż się poznajemy, badamy. Trochę nas zdziwiło, że nie mieliśmy okazji poznać Basi. Dotarcie na statek dziesięciu osób nie mogło pozostać niezauważone. Nie ciekawawiło jej z kim będzie w załodze? W jakiej ekipie przyjdzie jej spędzić najbliższych kilka tygodni?
Dobry obiad, jakieś piwa wypite do posiłku rozleniwiły nas szpetnie, ale postanowiłem przełamać gnuśność i wieczorem ponownie wybrałem się do miasta. No właśnie. Tylko gdzie to miasto? Ruchliwa ulica, stacja paliw, nieciekawe zabudowania. Oj, znowu wychodzi brak przygotowania turystycznego. Nie czytałem przed wyjazdem nic na temat miejsc, które po drodze zobaczę. Inna sprawa że nie miałem kiedy czytać. Między erą chorwacką a erą polarną, miałem dla siebie ledwie trzy dni. Połaziłem troszkę w okolicach portu, nie złapałem tropu żadnych atrakcji, ale w zamian za to na stacji paliw złapałem zasięg wi-f, wysłałem jakieś info do kraju, ostatnie przed, zaplanowanym na następny dzień, wypłynięciem. Ciekawszy od miasta okazał się port i nocne życie portowe. Mnóstwo statków, kutrów rybackich zaopatrywanych przez tabuny ciężarówek. Bardzo wiele z nich dowoziło kruszony lód. Charakterystyczne paki i własne taśmociągi do szybkiego przeładunku lodu na kutry. Statki z całego świata, sporo chińskich. Ruch. Życie. Nie miałem już mocy, żeby wybrać się na drugą stronę basenu portowego, żeby zobaczyć fragment portu przeznaczony dla jachtów żaglowych. Ale nigdy nic do końca nie wiadomo. Może będzie mi dane jeszcze zobaczyć ten port? Od strony wody?

Piątek, 23 października 2015
Cdn...

_________________
Tomek Sosin - +48 724 334 721
... jakby było lepiej - to by sie nie dało wytrzymać!


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 5 lut 2019, o 00:47 

Dołączył(a): 4 lut 2018, o 19:03
Posty: 45
Podziękował : 14
Otrzymał podziękowań: 10
Uprawnienia żeglarskie: nie podano
Czytam i czekam na więcej - super


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 5 lut 2019, o 01:17 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 paź 2011, o 19:24
Posty: 3843
Lokalizacja: Kraków
Podziękował : 192
Otrzymał podziękowań: 963
Uprawnienia żeglarskie: galernik
Piątek, 23 października 2015 r.
Rano przez chwilę mieliśmy chęć, żeby jeszcze się gdzieś przejść przed wypłynięciem, ale przeczekaliśmy ten nastrój i postanowiliśmy się luzować. I dobrze. Dobrze głównie dla obsługi statku, bo do Pioneera dotarły dwie ciężarówki z zaopatrzeniem, a my, jako fajne chłopaki, chętnie pomogliśmy przy załadunku prowiantu na pokład. Taki ftness przedpołudniowy, rozruch.
Przy okazji troszkę pospacerowałem po statku, pooglądałem, ale z pewną nie- śmiałością, bo nie wiedziałem, nie wyczuwałem, gdzie są rejony ogólnodostępne, a gdzie spacerować czy zaglądać nie wypada. Bardzo fajny klimat. Widać i czuć, że statek dzielny, ale równocześnie przystosowany do tego, by zapewnić pasażerom odrobinę luksusu. Ciągi korytarzy wyściełane wykładzinami, stonowane kolory: zielenie, beże. Dwie mesy z przytwierdzonymi trwale do podłoża stołami i obrotowymi fotelami. Kolorystycznie królują tam brązy, granaty i szafry. Między bliźniaczymi mesami kuchnia. Pokład niżej – maszynownia, obok sala, którą można przy odrobinie dobrej woli nazwać kinową, kilka ogólnodostępnych toalet i sauna. No bo niby czemuż nie miałoby być na statku sauny? Pokład powyżej kuchni to pokoje – kabiny mieszkalne, jeszcze wyżej mostek kapitański, kajuty załogi, biuro i wiele pomieszczeń, do których ani nie miałem potrzeby, ani śmiałości zaglądać…
Nadszedł czas wyjścia z portu. Na pokładzie zrobiło się trochę żwawiej. Ma- rynarze ruszyli do cum i szpringów. Kiedy w czasie sezonu letniego skiperuję w Chorwacji i zdarza mi się zatrzymać na noc w marinie, lubię oglądać manewry portowe innych załóg. Bywa, że na przykład w Palmiżanie, na wyspie Św. Klemensa, w ciągu godziny cumuje kilkadziesiąt jachtów. Doskonała poglądowa lekcja manewrów portowych. Nauki nigdy dosyć, czasami można podpatrzyć jakiś sprytny fortel, jakąś metodę na skróty. Jak gdyby z przyzwyczajenia stanąłem przy burcie, by poobserwować sposób odejścia od kei kilkudziesięciometrowego statku. Przyznaję, że po pół roku adriatyckiego skiperowania to dziwne uczucie – stać na pokładzie i za nic nie odpowiadać, o niczym nie decydować… Choćby cumę dali wybrać. A tu nic, wczasy. W momencie odejścia między burtą a keją pojawiły się ciemne, niemal czarne cielska słoni morskich, majestatycznie, przepływających wzdłuż statku. To chyba… Jakże „chyba” – oczywiście, to jest pierwszy raz, gdy mogę oglądać morskie słonie na wolności. Duże. Robią wrażenie. Trastery Polar Pioneera, są na tyle mocne, że odejście nie wydaje się być skomplikowanym manewrem. Najpierw za pomocą szpringu dziobowego, Kapitan odstawił rufę od brzegu, potem dziobowym sterem strumieniowym, niemal w miejscu obrócił się o ponad 90 stopni. Gdy traster na dziobie zakończył swoją misję, zaczął pracować propeler, śruba silnika głównego i powolutku ruszyliśmy w stronę główek portu. Obowiązkowo, aż do wyjścia z portu towarzyszył nam na pokładzie ofcer portowy, a na wodzie – jego stateczek pilotujący nasze wyjście na otwarte wody. Gdy już byliśmy poza obszarem portu, statki spotkały się burta w burtę i nasz pilot opuścił pokład Polar Pioniera.
Płyniemy! Płyniemy na Wyspę Króla Jerzego. Jeszcze rzut oka na plażę tuż za falochronem. Szkoda, że odległość spora, plażę okupowało bowiem pokaźne stado lwów morskich. Zaraz po wyjściu napotkaliśmy na dosyć agresywną krótką i wysoką falę. Wyraźnie odczuwaliśmy kołysanie. Pioneer początkowo odszedł na wschód, najwyraźniej po to, aby oddalić się od lądu.
Jeszcze zanim opuściliśmy port, o nieludzkiej porze, czyli o siódmej dwadzieścia, odbyło się szkolenie ze środków bezpieczeństwa. Tak właściwie był to niezapowiedziany alarm, ogłoszony wczoraj wieczorem przy kolacji. Wskoczyliśmy w przedpotopowe kapoki, udaliśmy się do tratw ratunkowych. Tratwy to zamykane szczelnie kapsuły z własnym diesel napędem. Wszystko leciwe, ale jak się okazuje, sprawne. Silnik zagadał, popracował. Pięknie. Każdy usiadł w przeznaczonym dla siebie miejscu na tratwie, miejscu do którego musi podążać, gdybyśmy popadli w jakieś morskie tarapaty. Ćwiczenia zakończone pełnym sukcesem.
Zwykle śniadanie jest o godzinie ósmej, dzisiaj jednak lekkie opóźnienie spo- wodowane procedurą wyjścia z portu.
Śniadanie na statku ma formę szwedzkiego stołu, można zaczerpnąć wedle życzeń i gustu. Do wyboru są: jajecznica, wędliny, jogurty owocowe, kawa, herbata, mleko, płatki… Dla każdego coś miłego. Jak dowiedzieliśmy się od Arctowia- ków płynących z Gdańska, to posiłki wyznaczają rytm dnia, rytm podróży. Stałe godziny posiłków są dla nas lekkim zaskoczeniem, a wynikają z rytmu wacht załogi statku. Śniadanie o ósmej – pięknie. Ale już obiad o dwunastej, ledwie cztery godziny po śniadaniu – wcześnie. O szesnastej zwykle deserek typu owoce, jogurty, czasem jakieś wypieki cukiernicze i potem kolacja o osiemnastej. Gdy się ma naturę nocnego marka i chodzi spać o dwudziestej czwartej czy pierwszej w nocy, jest spora szansa, że się przed snem zdąży zgłodnieć. Między posiłkami w mesie można całodobowo zrobić sobie herbatę (naprawdę bogaty wybór smaków, gatunków), kawę, są soki, jest woda mineralna. Z głodu i pragnienia nie umrzemy.
Pierwszy posiłek to pierwsza okazja, by przekonać się, kto razem z nami udaje się na Stację im. Arctowskiego. Oprócz poznanej piątki ludzi towarzyszących nam w drodze z Warszawy do Buenos jest jeszcze kilkanaście osób. Część z nichto Argentyńczycy, których docelowym miejscem podróży jest chilijska stacja badawcza Frei. Może tak być, że nie wszyscy dotarli do mesy, bo choć fala trochę dalej od brzegu zrobiła się dłuższa, mniej stroma, to jednak takie kołysanie może być dla mniej zaprawionych w boju chorobogenne. I nie mówimy tu o katarze czy zapaleniu migdałków. W czasie okołoposiłkowych pogaduszek próbowaliśmy się dowiedzieć o sposobach spędzania czasu na statku. Większość osób ma za sobą miesięczne doświadczenia w tym temacie. Pomijając zajęcia indywidualne typu lektura i słodkie nicnierobienie, wiodące rozrywki to kino i ftness. Zwykle dwa razy dziennie, w salce projekcyjnej na dolnym pokładzie wyświetlane są flmy. Jak się dowiadujemy, świecką tradycją jest, że poranny, pośniadaniowy seans organizuje ekipa polska, zaś flm pokolacyjno-wieczorny – rosyjska załoga statku. Zaję- cia ftness odbywają się na świeżym powietrzu na górnym pokładzie, mniej więcej pół godziny po zakończonym seansie flmowym. O ile na ftness nie ostrzyliśmy sobie szponów, o tyle daliśmy się z Sebą zaprosić na oglądanie flmu. W dniu dzi- siejszym – „Bracie, gdzie jesteś” z Georgem Clooney’em.
Film, jak dla mnie, rewelacja, jedynie kanapy, choć tworzące ciepły, domowy klimat – niezbyt przyjazne dla mojego kręgosłupa. Wierciłem się niemożebnie.
Czas do obiadu spędziliśmy w kabince, w pozycjach horyzontalnych, bardzo korzystnych przy aktualnym stanie zafalowania. Prognoza mówiła o wietrze rzę- du 35 węzłów, co pozwala oczekiwać budującej się atlantyckiej fali. Chyba mamy niepisaną umowę, że na razie unikamy rozmów okołopolonusowych. Nic o planach remontowych, nic o rejsie, który nas czeka, gdy uda nam się jacht zwodować. Pogadaliśmy za to jak to faceci… Nie, nie, nie… nie, o tym! O kwestiach egzystencjalnych. Seba zmienia właśnie całe swoje życie i troszkę pod tym kątem dobiera sobie lektury. W czytanej książce, która, choć powstała niemal 100 lat temu (o tytuł pytajcie Sebę, bo moja skleroza nie chce wypuścić nic z tego zakamarka pa- mięci), nie straciła nic ze swojej aktualności. Bohater próbuje znaleźć odpowiedź na klasyczne pytanie: „być, czy mieć?”. Zgodziliśmy się, że każdy sport – żeglarstwo, wspinaczka, szybownictwo i inne aktywności, w których człowiek obcuje z żywiołami, pozwala na oderwanie się od rzeczywistości, na nabranie dystansu do codzienności, na spojrzenie z boku na swoje życie. A to już najprostsza droga do dumań flozofcznych.
Zanim jednak zostaniemy pustelnikami, zanim usiądziemy nad rzeką, żeby nam rzekła „Ohm”, zanim popełnimy zbiorowe samobójstwo w obliczu bezsensu życia – trzeba na obiadek zasuwać!
Obiad zacny: wspaniała zupa, gulasz z kaszą, owoce, soki. Czyż można chcieć więcej na środku Atlantyku? Można! Ale to w innego typu książce. Szkoda tylko, że niewielu może korzystać z dobrodziejstw Polar Pioneerowej kuchni. Część osób, zmęczona falowaniem, zmarnowana panującymi warunkami, zrezygnowała z posiłku. Między innymi zaniemógł nasz Janusz. Również Marcin melduje, że znalazł „swoją długość fali” i rozmawia z tygrysem… Całe szczęście (odpukać) nie miewam choroby morskiej. Seba też w dobrej formie. Weterani tej podróży powiadają, że dopiero teraz, po naszym przybyciu, pierwszy raz statek trafł na trudniejsze warunki falowe i pogodowe. Najwyraźniej cierpi na tym życie towarzyskie, ludzie pozaszywali się w swoich kabinkach. A zatem czas do kolacji to ponownie zajęcia w podgrupach.
Po kolacji jedna z dwu Ani (nazwisk pewnie długo jeszcze nie opanuję) objawiła swój talent gitarowo-wokalny, a że oprócz talentu muzycznego dysponowała kilkoma śpiewnikami parę osób spędziło ten wieczór śpiewająco!

_________________
Tomek Sosin - +48 724 334 721
... jakby było lepiej - to by sie nie dało wytrzymać!


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 7 lut 2019, o 00:33 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 paź 2011, o 19:24
Posty: 3843
Lokalizacja: Kraków
Podziękował : 192
Otrzymał podziękowań: 963
Uprawnienia żeglarskie: galernik
Sobota, 24 października 2015 r.

W porządku. Niech i tak będzie! Chwilowo mój zegar biologiczny ma usta wiony budzik na piątą dziesięć czasu miejscowego (cokolwiek to znaczy w naszym położeniu). Może trochę za wcześnie, biorąc pod uwagę, że tu, na statku, nie mamy napiętego programu dnia, ani zbyt wielu czasowypełniaczy. Ale za to mogę nie wstając z łóżka, obejrzeć przez bulaj wschód słońca. W swoich snach na brak kolorów czy surrealistycznych zdarzeń zwykle narzekać nie mogę. Dzisiaj śniło mi się, że podpłynęliśmy Polar Pioneerem do basenu pływackiego usytuowanego na środku Atlantyku. A może to basen podpłynął do nas? Woda była fantastyczna, a po kąpieli delektowaliśmy się kawą podaną w scenerii krakowskiego Rynku. Na jawie czas do śniadania spędziłem również nadrealnie – w Świecie Dysku, w towarzystwie bohaterów „Prawdy” Terry’ego Prachetta. Znałem ze słyszenia nazwisko tego autora, znam entuzjastów jego twórczości, ale dopiero Asia vel Janna, zaszczepiła mi Prachettowego bakcyla. Do Asi możecie się zwrócić nie tylko po rekomendacje literackie, ale również, gdy popadniecie w tarapaty na żeglarskim forum (tam Asia moderuje z wdziękiem i klasą) lub podupadniecie na zdrowiu (jest moją ulubioną farmaceutką).
Na statku funkcjonuje – jak zwał tak zwał – interkom, radiowęzeł. Z mostku kapitańskiego można ogłaszać komunikaty, informacje dla załogi i pasażerów. Na pokładzie jest bardzo barwna postać – Tomasz! Wszystkie Tomasze – to fajne chłopaki czy jakoś tak… Tomasz, najwyraźniej zainspirowany flmem „Good morning, Wietnam”, aplikuje nam codziennie barwną pobudkę w trzech językach: po angielsku, hiszpańsku i po polsku. Ponieważ jednak najwyraźniej nie używa on na co dzień mowy ojców, w przezabawny sposób twórczo rozwija zasady gramatyki polskiej. Wspaniale potraf zastępować brakujące słowa innymi, tak skojarzeniowo odległymi, że szczery słowiański uśmiech sam pojawia się na twarzy. Tak czy inaczej po jego pobudce naprawdę chce się żyć! Większość słowotwórczych perełek uciekło w odmęty mojej niepamięci, ale radiowęzeł głosem Tomasza zapowiada na przykład na popołudniu: „takie kungfu dla zdrowia” czyli zajęcia ftness, albo ciśnienie, które „jest niskie i wciąż pada” czy krótkie info, że „na śniadaniu będzie może zjeść jajek”, bądź by „na prawa burta może, żeby obserwować gór lodowych”, albo „Starboard – wielorybów można oglądać! Portside – piękni iceberg!”
Postanowiłem wybrać się na „kung-fu dla zdrowia”, nie tyle z myślą o ćwicze- niach, ale o tym, że może zrobię parę zdjęć, nakręcę kawałek flmu. No właśnie. Kto wie, kto wie, może po naszej akcji powstanie jakiś mini dokument. Czas pokaże.
Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Zabawiłem się w fotoreportera, flmowca. Trochę ujęć makro i mikro, z góry i z dołu. Kolejny wypełniacz czasu.
Po obiedzie udało mi się pogadać z Tomaszem. Nietuzinkowy głos, nietu- zinkowe komunikaty, zatem i nietuzinkowa postać. Tomasz urodził się i mieszka w Argentynie. Jego ojciec, będąc jeszcze kawalerem, zamiast po wojnie „ujawnić się” jako AK-owiec, zakopał się w węglu na statku płynącym do Szwecji i w ten sposób znalazł się w wolnym świecie. Potem już w sposób legalny dołączyła do niego narzeczona. Jako małżeństwo wyemigrowali do Argentyny i tam na świat przyszedł Tomasz, a właściwie Tomas. Jakie były jego losy do lat dziewięćdzie- siątych, tego nie wiem, za to wiem, że w latach 91–93 spędził dwa sezony letnie i jeden jako zimownik na Stacji Polarnej im. Arctowskiego! Zimownicy to wbrew temu, co sugeruje nazwa, nie ci uczestnicy wypraw, którzy na stacji spędzają okres zimowy, ale ci, którzy mają kontrakt na cały rok. Tomas przekonał się wtedy, że biologia czy badania polarne nie do końca są pasją jego życia. Z racji znajo- mości języków pełnił na stacji funkcje reprezentacyjne. Ilekroć Arctowskiego od- wiedzały statki wycieczkowe, wysyłany był jako przedstawiciel gospodarzy, aby oprowadzić po terenie, opowiedzieć o życiu stacji, o warunkach, o zwyczajach czy o pingwinach itp. Nawiązał wówczas wiele kontaktów z kapitanami, armatorami, touroperatorami. W końcu postanowił zmienić swoje życie i począł słać aplikacje do frm zajmujących się ekstremalną turystyką morską. Pozytywnie odpowiedziała frma Aurora i z nią Tomas współpracuje do dzisiaj. Ma biuro w Buenos Aires, organizuje turystyczne wyprawy polarne, ale również imprezy w Tybecie, w Indiach i innych interesujących zakamarkach świata. Teraz, po odstawieniu nas na ląd Wyspy Króla Jerzego, jego zadaniem będzie podjęcie z Falklandów turystów wybierających się na antarktyczną wycieczkę.
Super było wysłuchać tych opowieści. A potem powrót do rutyny okrętowej. Kolacja, wieczorne dyskusje, lektury, sen…


Niedziela, 25 października 2015 r.


Znowu piąta z minutami. Taki czas zarejestrowałem po otwarciu oczu. Mniej więcej o 05.30 słońce dźwignęło się ponad horyzont. Jego pomarańczową tarczę można było obejrzeć jedynie przez krótką chwilę, bo niebo zaciągnęło się ciężkimi stalowymi chmurami. Morze łagodnie falujące bardzo delikatnie, niemalże pła- skie. O tak wczesnej porze nie siliłem się na jakąś szczególną aktywność. Po prysz- nicu powróciłem do koi na pięterko i zrobiłem przegląd muzyki, którą zdążyłem podczas panicznych przygotowań do wyprawy wgrać na swój tablet. À propos prysznica. Ciekawe, jakim zasobem słodkiej wody dysponuje Polar Pioneer. Nie proszono nas o oszczędzanie wody, nie mamy żadnych w tym zakresie ograniczeń, była jedynie sugestia, by wody używać roztropnie. Nie dopytałem, czy do celów higienicznych woda pochodzi z zapasów, czy z odsalarek. Do śniadania, zachowu- jąc pozycję horyzontalną, sprawdzałem, przy którym z kolei przesłuchaniu znudzi mi się „Kołysanka” Bregovica. Chwilowo wynik testu nieznany, bo radiowęzłowa, trójjęzyczna zapowiedź Tomaszowa wezwała na śniadanie. Dzięki komunikatowi poznaliśmy również dzisiejszą aktualną pozycję oraz prognozę pogody na nad- chodzący dzień. W ciągu dnia udało mi się porozmawiać z IT Tomaszem. Można powiedzieć, że to polarny weteran, na Arctowskim będzie po raz trzeci. Wcześniej odbywał swoją zawodową misję na Spitsbergenie, gdzie jego frma, czyli on sam, zakładała w 2002 roku telewizję, a w zeszłym roku Internet. Na Arctowskim był w 2008 roku, kiedy to podłączył stację do www. Druga wizyta trwała 8 godzin i miała miejsce w marcu tego roku (2015). Jej celem był przegląd sprzętu, który znajduje się w bazie, zdobycie wiedzy, co należy dostarczyć, zakupić, by wizyta odbywająca się aktualnie, zakończyła się sukcesem. Zatem teraz, wybiera się po raz trzeci. Spędzi w stacji kilka tygodni, tyle, ile będzie potrzeba dla uruchomie- nia nowej anteny, podłączenia nowej instalacji. Jego kontrakt jest zadaniowy, nie czasowy. Działalność swojej frmy ustawił tak, że z pomocą pracowników jest w stanie nią zarządzać z najdalszych zakątków świata. A trzeba powiedzieć, że lista odwiedzonych zakątków jest naprawdę imponująca. Z tych ważniejszych wy- jazdów, o których pokrótce mi opowiedział, wrażenie robiła na przykład podróż w Afryce Cape Town – Nairobi, z wypadem do Ugandy… Drugim razem podobna, acz zmodyfkowana trasa przerobionym z ciężarówki na „autobus” starym mer- cedesem, z noclegami w namiotach, posiłkami na biwakach… No, nie było to All Inclusive w Tunezji w pięciogwiazdkowym hotelu… Na liście zwiedzanych miejsc są również Meksyk, Alaska, Ameryka Południowa. Wiele tych miejsc odwiedzał na sposób tułaczy, bez wygód, przyhotelowych basenów, wykwintnych restauracji.
Jeśli aktualna Tomaszowa misja zakończy się sukcesem, Internet na Arctow- skim zyska nową jakość. Będzie lepsza antena, lepszy konwerter. Do tej pory moc urządzeń to było 5 W, a ma być 80 W – cokolwiek to znaczy. Będzie również ogrzewana czasza anteny, chroniona w ten sposób przed oblodzeniem i zaśnieże- niem. Zgodnie z poranną zapowiedzią, pogoda pogarszała się, zafalowanie rosło.
Ciekawe, czy ekipa przyzwyczai się do rozkołysu, czy zwalczy morskie chorowanie i czy poprawi się frekwencja na posiłkach?
Po południu skorzystaliśmy z  bogatej oferty pokazów w  sali kinowej. Były aż trzy prezentacje! Pierwszą, autorstwa Ani Gasek, był flm z wycieczki po par- kach narodowych i kanionach Ameryki Północnej. Temat kolejny to Tomaszowe wspomnienia z Alaski – flm o miśkach grizzly, łowiących w wartkim strumieniu łososie płynące w górę rzeki na tarło… Super zdjęcia, ujęcia z duszą, którym nie- dociągnięcia techniczne, właściwe amatorskim nagraniom, dodawały tylko uroku autentyczności. Trzeci flm to pokaz naszego Janusza o wyprawie odkrytopokładową łódeczką do kanału Beagla plus opłynięcie Hornu. Piękne zdjęcia z pięknych miejsc. Jak Bóg da, kanał Beagla zobaczymy z pokładu Polonusa…
Okazuje się, że co osoba, to oryginał. Wydaje mi się, że na stację polarną płyną sami kosmici. Kogo nie zapytam, okazuje się, że był gdzieś na końcu świata, daleko od turystycznych szlaków, za to w miejscach przepięknych, odległych, dzikich, zapomnianych przez Boga i ludzi. Ania na przykład odbyła dwuosobową wyciecz- kę przez zamarznięty Bajkał. Pieszo, z całym dobytkiem ciągniętym na saniach… Można się domyślać, że na środku Bajkału nie ma gorącego prysznica, baru szybkiej obsługi, miękkiego łóżeczka. O Tomaszu i jego afrykańskich podróżach po bezdrożach wspominałem. Adam – kierownik co roku wybiera się na lodowcowe wspinaczki. A Ania Zmarz z projektu MONICA, ma za sobą trzydziestodniowe przejście przez…. o słodka sklerozo… W każdym razie przez odległe, niedostępne, zaśnieżone syberyjskie pasmo górskie. Mróz. Namioty, całe zaopatrzenie na własnych plecach.
Wieczorem Seba z Marcinem próbowali skorzystać z dobrodziejstwa Polar Pioneerowego satelitarnego Internetu i  ściągnąć na próbę mapy synoptyczne. Mapy przygotowywał Michał Brennek. Niestety, przechodzą tylko alfanumeryczne wiadomości – załączniki bez szans.
Na zakończenie dnia, dla wypełnienia czasu, chłopcy wyciągnęli z szaf, z tobołków suche kombinezony Marinepool. Nóweczki. Bardzo ładny design, ciekawe czy wartości użytkowe dorównują wrażeniom estetycznym. Wkładanie teletubisiowego wdzianka to chwila ciężkiej pracy. Nie widzę wskakiwania w kombinezon na szybko w jakiejś krytycznej sytuacji. Podobno należy umieć ubrać się w dwie minuty, bez wprawy trwa to na razie trochę dłużej. Już niedługo będzie można się przekonać, ile są warte, gdy rozpocznie się rozładunek sprzętu na Stacji.

_________________
Tomek Sosin - +48 724 334 721
... jakby było lepiej - to by sie nie dało wytrzymać!



Za ten post autor Sajmon otrzymał podziękowania - 2: Leszek, urbos
Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 8 lut 2019, o 21:02 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 22 paź 2012, o 10:04
Posty: 4364
Lokalizacja: Olsztyn
Podziękował : 246
Otrzymał podziękowań: 304
Uprawnienia żeglarskie: nie podano
Wtorek, 27 października 2015 r.
05.20 Sukces ! Robisz postępy
, ale dawaj dalsze odcinki , bo tym masz wklejkę z oryginalu , a my tylko możemy wklepywać z palca. :mrgreen:

_________________
Dariusz
Gdy palec wskazuje niebo, tylko głupiec patrzy na palec...


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 11 lut 2019, o 02:22 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 paź 2011, o 19:24
Posty: 3843
Lokalizacja: Kraków
Podziękował : 192
Otrzymał podziękowań: 963
Uprawnienia żeglarskie: galernik
Wtorek, 27 października 2015 r.

05.20. Sukces! Robię postępy. Udało mi się obudzić dzisiaj o dziesięć minut później niż zwykle. Jest dobrze, ale nie tragicznie! Na zewnątrz całkiem jasno. Przez sen dało się odczuć, że nocą morze było o wiele bardziej niespokojne niż teraz, gdy się obudziłem.
Klasyczny model spędzenia czasu do śniadania. Prysznic, notatki, lektura, muzyka. Komunikat radiowęzłowo-przedśniadaniowy objaśnił stan pogody jako stabilny, czyli zero szans, że szarobure chmury rozstąpią się i dadzą trochę słońca. Nieplanowane są za to żadne opady, zatem o jedenastej ftness na górnym pokładzie. Zajęcia prowadzi Marta Damaszke, która urodę zapewne zawdzięcza genom, a piękną sylwetkę sportowemu trybowi życia. Marta trenuje… No właśnie… Kolarstwo? Nie do końca jest to kolarstwo, jest na to fachowa nazwa, ale uciekła z mojej pustej głowy. Terenowa jazda, szerokie opony, downhill i takie tam klimaty. Co prawda, Marta bierze się pomału za kolarstwo szosowe, ale to dopiero początek takiej „grzecznej” rowerowej ścieżki. Na stację zabrała ze sobą rower treningowy, podobno jakiś bardzo profesjonalny. Na razie leży gdzieś w ładowniach Pioneera, ale już niedługo pójdzie w ruch. Dziewczyna planowała wziąć udział w Tour de Pologne dla amatorów, jednak te plany zniweczył pozytywny rezultat ubiegania się o kontrakt IBB. Gdy spytałem ją, jaka droga przywiodła ją na statek w podróży na Antarktydę, dowiedziałem się, że najpierw ukończyła studia o kierunku geologia morska, potem przez jakiś czas pracowała na rosyjskim statku jako obserwator. Następnie zdobyła posadę w Zakładzie Geologii Morza Uniwersytetu Gdańskiego, niestety nastąpiła redukcja etatów i jako młody pracownik, chcąc nie chcąc, „skorzystała” z tej opcji. Z braku lepszego pomysłu w danym momencie złożyła aplikację w IBB do pracy, do udziału w wyprawie na Antarktydę i aplikacja została przyjęta. Ot i wszystko… Tylko tyle i aż tyle.
Na stacji będzie należała do zespołu liczącego populacje pingwinów, słoni morskich i uchatek. Chociaż co do uchatek pewności nie mam. Wieloletnie bada- nia liczebności tych zwierząt dają obraz zasobności wód polarnych, konkretnie – zasobności w kryla. Kryl to taka polarna krewetka, nikczemnych rozmiarów, lichej postaci, przeźroczysta niemal. Jest podstawowym pożywieniem dla polarnych morskich zwierząt. Nie wiem jak teraz, ale kryl był kiedyś odławiany i miał mnó- stwo zastosowań w produkcji spożywczej. Najwięksi poławiacze kryla to Rosjanie i Japończycy. Nie jestem pewny, co z Chińczykami, których obecność w okolicy jest bardzo znacząca, ale nawet Polska ma swój udział w połowach. Zerknąłem do
danych i okazuje się, że w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku i w pierwszych latach dwudziestego pierwszego, poławialiśmy od dziesięciu do dwudziestu tysięcy ton kryla rocznie.
Im więcej pingwinów, im więcej pingwinich gniazd, tym większa (prawdopodobnie) liczebność kryla w antarktycznych wodach.
Jesteśmy w Drake Passage. Daj, Panie Boże, takie warunki pogodowe na drogę powrotną Polonusa. Spokojna długa fala, wiatr około 20 węzłów, słońce przedzierające się przez chmury. Jest na tyle ciepło, na tyle przyjemnie, że godzinę poczytałem na świeżym powietrzu, na górnym pokładzie. Gorsze warunki miałem na ostatnich dwóch rejsach chorwackich, kiedy wichura, opady i stan morza 4, były na porządku dziennym.
Po południu, po obiedzie odbyła się odprawa dotycząca czekającego nas roz- ładunku statku. Adam Latusek, szef ekipy Arctowiaków, opisał, jak zwyczajowo przebiegała akcja w latach ubiegłych i jak będzie wyglądała teraz. Generalnie musimy być elastyczni. Nasza Polonusowa Piątka oddała się pod komendę Adama. Z uczestnikami wyprawy i podróżującymi z nami Argentyńczykami będzie nas do pracy około trzydziestu osób. Część z nas będzie kursowała zodiakami, statek – brzeg – statek. Gros załogi będzie przenosiło towar z ładowni, z pomieszczeń magazynowych na pokład rufowy, skąd dostarczane paczki pakowane będą najpierw do big bag’ów, a następnie przy użyciu statkowego dźwigu – do zodiaków i do PTS-a. Kilka osób wyładowywać będzie towar na brzegu. No, ale o ostatecznym przebiegu przeładunku, czasie jego trwania i sprawności w dużej mierze zdecy- duje pogoda. Rozładunek odbędzie się w dwóch miejscach. Na Lions Rump, gdzie mieści się domek badawczy – taka wysunięta miniplacówka stacji oraz w Zatoce Admiralicji, w bazie głównej. Bywalcy stacji twierdzą, że rozładunek, na pewno potrwa kilkanaście, a być może kilkadziesiąt godzin.

Środa, 28 października 2015 r.

Ranek. Otworzyłem oczy i zerknąłem na zegarek, by się upewnić, że się obudziłem. Jeśli to nie sen, wskazówki będą wskazywać 05.10, w najlepszym razie 05.20.
Tym razem nie miałem nastroju kontemplacyjnego, więc zamiast ugniatać materac, zaopatrzyłem się w aparat fotografczny, kamerkę go-pro i poczłapałem na górny pokład, licząc, że uda mi się wykonać jakieś wiekopomne ujęcia. Zabrałem ze sobą również telefon satelitarny. Wielu ludzi ze społeczności forum.zegluj. net i sailforum.pl kibicuje nam, wspiera, trzyma za nas kciuki, wypada zatem dać znak życia, zdradzić naszą pozycję geografczną, podać dwa słowa o nastrojach i przebiegu podróży. Z górnego pokładu było bliżej do nieba, do satelit po niebie krążących, bez trudu uzyskałem więc połączenie z naszą forumową moderacją i przekazałem garść informacji.
Cieśnina Drake’a. Podobno uważana za jeden z najniewdzięczniejszych do żeglugi akwenów. Dziś jednak jest nadzwyczaj spokojnie. Wiatr wieje symbolicznie, kilka węzłów. Niebo zasnute jest chmurami, szaroburo dookoła. Stalowe burty, stalowe pokłady potęgują wrażenie chłodu. Łapię się na tym, że cały czas obserwuję morze, wiatr i niebo pod kątem tego, jak żeglowałoby się dzisiaj naszym jachtem.
Jeśli chodzi o  jacht, to Polonus jest poważną, czternastometrową, dzielną łódką, choć w porównaniu z wielkim Polar Pioneerem – to ledwie kruszynka. To stalowy kecz. Kecz, czyli w skrócie i uproszczeniu mówiąc – dwumasztowa, trójżaglowa łódka. Co do wagi, zdania są podzielone, ale szacujemy ją między 15 a 17 ton. Jednostka zbudowana została w 1991 roku, więc już parę lat pływała po morzach i oceanach. Okazuje się, że na Polonusie pływał na przykład wiele lat temu mój serdeczny kolega Rafcio! Utkwiło mi w pamięci, jak opowiadał o studenckim rejsie po Bałtyku. Jedenaście dni rejsu, dziesięć dni choroby morskiej… O! Żona Rafała mogłaby z Tomasem stworzyć doskonały radiowy duet. Bo Iza jest rodowitą Francuzką, ale mieszkała jakiś czas w Polsce i świetnie mówi po polsku. Ponieważ jednak polski język to nie pestka z masłem i kiszka z bułką, ma Iza na swoim koncie kilka uroczych konstrukcji gramatycznych! Do kanonu przeszło między innymi: „może żebyśmy zjedli turistikę?”, co stanowiło kulinarną propozycję, skonsumowania konserwy Turystycznej. Albo: „Jedziemy do mechanisty”…
No, ale wracamy z dalekiej Francji, bo na wodzie zaczęły pojawiać się kry. Najpierw niewielkie, potem troszkę większe growlery i w końcu nastąpił TEN moment! Nawet nasz rodak Argentyńczyk Tomas ogłosił przez radiowęzeł: „Mamy pierwszy góra lodu!”. Arctowska brać wyległa na pokład. W ruch poszły aparaty i kamery. Nikt roztropny nie liczy na to, że w tej aurze, przy takim świetle uzyska się szczególnie zachwycające obrazy, no, ale jakże odpuścić pierwszą na trasie górę lodową? Po chwili wyłoniły się kolejne dwie o stożkowym kształcie. I to nie koniec atrakcji. W oddali pojawiły się jak gdyby mini gejzerki, kilka, wkrótce kilkanaście. Fontanny te były oznaką, że duże stado waleni sunących naszą rutą postanowiło zaczerpnąć powietrza. Próbowałem robić zdjęcia, ale okładki w National Geographic raczej nie będzie. Naszym towarzyszom podróży nie w głowie były skoki czy spektakularne zamiatanie ogonami, ponad linię wody wysuwały się ledwie płetwy grzbietowe.
Po śniadaniu w eter poszedł komunikat, że oczekiwany czas dotarcia do Lions Rump, czyli pierwszego z docelowych punktów rozładunku, zostanie osiągnięty około pierwszej w nocy czasu miejscowego.
Tomas, w swoim unikatowym stylu, ogłosił przez radiowęzeł odwołanie pokładowych zajęć gimnastycznych: „Naszym ftness będą: nosić paczki i to nie będzie żart! Zajęcia Kung-fu Panda odwołani!” Ogólno-polarpioneerowe zalecenie na dzisiaj: leżymy i pachniemy, zbierając energię do prac rozładunkowych. Gor- liwie jęliśmy wykonywać zalecenia szefostwa. Polegiwanie, lektura, prysznice re- laksacyjne wypełniły treścią godziny dzielące nas od celu podróży. Leniuchowanie przerywały jedynie posiłki oraz alerty radiowe. W ciągu dnia częstotliwość pojawiania się gór lodowych i mniejszych, takich wielkości małego fata growlerów rośnie. Za to entuzjazm do uwieczniania każdego z tych dzieł natury pomalutku maleje.
A niektóre z gór są naprawdę potężne. Nie dałoby się może tego odczuć, zauważyć, gdyby nie pasażerowie na gapę, pingwinki, które, jeśli kształt górki sprzyja „zaokrętowaniu”, obsiadają ją tłumnie. Z  większej odległości wygląda to tak, jakby postawioną na sztorc kostkę masła obsypać u dołu ziarnkami maku. Próbu- jemy zgadywać, szacować wysokość takich lodowych olbrzymów… 50 metrów? 80? a może jeszcze więcej? Nie ma to wpływu na nasze zarobki, ale fajnie byłoby wiedzieć dla zaspokojenia ciekawości. Te mniejsze lodowe twory, przybierają fantastyczne kształty, w których dojrzeć można, co tylko wyobraźnia zdoła podpowiedzieć! O, imbryk! Wkrótce mijamy żółwia. Za chwilę leżący rozbitek błagalnie wyciągający rękę do nieba.
Zaczęły się pojawiać wokół statku gromady pingwinów skaczących ponad wodę na podobieństwo delfnów. Malutkie są i szybkie jak błyskawice.
W pojęciu „relaks”, mieściły się również kolejne pokazy popołudniowe w sali „kinowej”. Mogliśmy obejrzeć flmy Małgosi Korczak-Abshire. Filmy wykonane w ubiegłych latach na stanowiskach lęgowych pingwinów. Jak rozumiem, Małgosia jest jakby szefową, opiekunką grupy monitorującej ilość antarktycznej gadziny. Mąż Małgosi jest szychą na wycieczkowym statku, który bywa że odwiedza rów- nież Antarktydę. Poznali się podczas jednej z licznych Małgosinych podróży, bo Małgosia – o jaka niespodzianka – jest zapaloną podróżniczką, przemierzającą świat wzdłuż i wszerz. Daliśmy się co nieco wyedukować. Już wiem, że możemy spotkać cztery gatunki pingwinów, ale jeszcze nie pamiętam, jak się nazywają. Wyjątkiem są pingwiny Adeli, bo od razu miałem skojarzenie z koncertem Adele z Bostonu. Koncert oglądałem co prawda nie w Bostonie, ale za to na katamaranie zacumowanym na Karaibach, przy St. Vincent. Projekcja rzutnikiem na duży ekran, szum fal i „miejscowe Marlboro” – tak! Pingwiny Adeli będę pamiętał. To te z okrągłymi białymi obwódkami wokół oczu…
Na pokładzie ostatnie przygotowania do rozładunku. Jest decyzja Adama co do naszej roli w pierwszym etapie rozładunku. Na Lions Rump, w trzech z Sebą i Marcinem zabierzemy się pierwszym zodiakiem i będziemy rozładowywać przybywające, pontonowe transporty z  kolejnymi partiami sprzętu, zaopatrzenia. Ostatnie godziny się dłużą. Dla zabicia czasu nacieszyłem na pokładzie oczy sta- dami biało-błękitnych growlerów… Deszyfracja kształtów coraz łatwiejsza: gondola wenecka, martwy stróż, drzewko bonsai, wyciskacz do czosnku…
Ostatnia wieczerza. W każdym razie ostatnia na Polar Pioneerze w pełnym składzie. Mimo że praktycznie wszyscy przenoszą się razem do stacji, to jednak czuć w powietrzu klimat pożegnania. Posiłek się przedłuża, długo nikt nie wstaje od stołu, choć dawno już zjedliśmy. Starzy wyjadacze, którzy nie pierwszy raz spędzą kawałek życia na stacji, snują opowieści, opowiadają anegdotki, objaśniają, z jakimi realiami spotkamy się już wkrótce, tam na lądzie Godzina 21.00. Atmosfera robi się nerwowa. Wieści z mostka głoszą, że kapitan to jedna wielka gradowa chmura. Prognozy lodowe mówią, że na naszej pozycji woda powinna być „czysta”, tymczasem od kilku godzin, wężowym ruchem, lawirujemy pośród gór i połaci lodowego paku. Uderzenia wielkich kawałów kry w metalowe burty statku doskonale słychać w każdym miejscu. Jeżeli warunki lodowe spowolnią lub uniemożliwią sprawny rozładunek… Wiemy, że siódmego listopada Polar Pioneer podejmuje na Falklandach turystów, którzy słono płacą za możliwość wymarznięcia w antarktycznych okolicznościach przyrody. Jeśli sytuacja się nie poprawi albo pogorszy, mogą być naciski, żeby zawrócić na Falklandy i tam wyładować cały sprzęt, zwalniając statek do wykonania lukratywnego zlecenia, a wtedy niech nas Bóg i Polska Akademia Nauk mają w swojej opiece.
22.30. Trudno powiedzieć, czy brak wieści, to dobra wiadomość, ale, o ile pod koniec dnia w naszej kabinie wyraźnie odczuwaliśmy i słyszeliśmy zderzenia z lodowymi zawalidrogami, o tyle teraz była cisza i spokój. Ponieważ staram się mieć w zwyczaju, by nie przejmować się sprawami, na które nie mam wpływu, oddaję się lekturze, a może i jakiś film obejrzę, z bogatych dyskowych zasobów Seby zaczerpnę…

_________________
Tomek Sosin - +48 724 334 721
... jakby było lepiej - to by sie nie dało wytrzymać!


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 11 lut 2019, o 02:32 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 paź 2011, o 19:24
Posty: 3843
Lokalizacja: Kraków
Podziękował : 192
Otrzymał podziękowań: 963
Uprawnienia żeglarskie: galernik
Cdn...

* ~ * ~ * ~ * ~ * ~ * ~ * ~ * ~ * ~ *

Wybor zdjęć przypadkowy,,ale w miarę możliwości chronologiczny


Załączniki:
Czterech na lotnisku.jpg
Czterech na lotnisku.jpg [ 147.46 KiB | Przeglądane 1189 razy ]
20151008_091828.jpg
20151008_091828.jpg [ 76.43 KiB | Przeglądane 1189 razy ]
1505045192795.jpg
1505045192795.jpg [ 28.42 KiB | Przeglądane 1189 razy ]
1505045190912.jpg
1505045190912.jpg [ 30.3 KiB | Przeglądane 1189 razy ]
1505045191003.jpg
1505045191003.jpg [ 18.45 KiB | Przeglądane 1189 razy ]
1505045166580.jpg
1505045166580.jpg [ 25.16 KiB | Przeglądane 1189 razy ]

_________________
Tomek Sosin - +48 724 334 721
... jakby było lepiej - to by sie nie dało wytrzymać!
Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 19 lut 2019, o 21:34 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 19 mar 2014, o 19:53
Posty: 3027
Podziękował : 25
Otrzymał podziękowań: 62
Uprawnienia żeglarskie: utalentowane bezpatencie
Jakaś krótka ta książka :D

Dawaj Tomek, dawaj!

Chyba, że nie masz czasu bo układasz listy załóg na Hrvatskie rejsy :D


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 19 lut 2019, o 21:46 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 paź 2011, o 19:24
Posty: 3843
Lokalizacja: Kraków
Podziękował : 192
Otrzymał podziękowań: 963
Uprawnienia żeglarskie: galernik
No przecież! Przysnąłem conieco :) :) :)

_________________
Tomek Sosin - +48 724 334 721
... jakby było lepiej - to by sie nie dało wytrzymać!


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 19 lut 2019, o 21:59 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 paź 2011, o 19:24
Posty: 3843
Lokalizacja: Kraków
Podziękował : 192
Otrzymał podziękowań: 963
Uprawnienia żeglarskie: galernik
Czwartek, 29 października 2015 r.

61°49’S 56°32’W – Bransfeld.
W nocy weszliśmy w rozległy, gęsty lodowy pak. Żeby ominąć tę białą zarazę, kapitan zmienił kurs i odbił w stronę Elephant Island. Koło północy, kiedy wyszedłem na pokład, miałem wrażenie, że dalszą część podróży można odbyć pieszo, suchą stopą. Wielki, biały, płaski bezkres, ginący w ciemnościach na horyzoncie. Teraz o poranku jesteśmy w strefe wolnej od lodu, za to wybudowała się, podobno typowa dla płytkich wód Bransfelda, krótka, wysoka fala. Pokład Pioneera jest kompletnie oblodzony, poruszanie się po po nim przypomina jazdę fgurową na lodzie, przy czym, o ile brakuje toeloopów i fipów, o tyle zdarzają się spektakularne upadki. Udało mi się zrobić kilka zdjęć na zewnątrz, zanim ogłoszono kategoryczny zakaz wychodzenia na świeże powietrze. Do Zatoki Admiralicji pozostało nam około 60 Nm, do Lions Rump odpowiednio bliżej. Mamy mniej więcej dobo- wy poślizg w stosunku do zakładanych planów, zatem chyba jest dobrze, ale nie tragicznie. Ważne, że nie padła decyzja, o zawróceniu na Falklandy. Wszyscy już dosłownie i w przenośni siedzą na walizkach i nie słychać, by na dzisiaj przewidziane były jakieś zwyczajowe, statkowe rozrywki.
22.30 Stajemy na kotwicy w zatoce Admiralicji. Zaczyna się akcja rozładunkowa. Na wodę postawione zostały z użyciem dźwigu trzy zodiaki z sześćdziesięcio- konnymi silnikami. W momencie gdy wychodzę na pokład, do burty przybija PTS. Wydaje się wielki, na pewno jest hałaśliwy, kawał pływającej ciężarówki. Z racji posiadanych na stanie trzech suchych kombinezonów potwierdziliśmy gotowość wzięcia udziału w  zadaniach specjalnych o wyższym stopniu wilgotności. PTS przywiózł dwie klatki towarowe o rozmiarach na oko 2 x 3 m. Ażurowe „kontenery” raz dwa umieszczone są dźwigiem na pokładzie. Pojawiają się również wyciągnięte big bagi – wielkie wory transportowe o pojemności około 2 metrów sześciennych. Ponieważ pojemność ładowni kwalifkowanej na Polar Pioneerze jest skończona, a ilość towarów, sprzętu, żywności, materiałów nieobadana, większość ładunku spakowana była w foremne paczki, takie, jakie może udźwignąć oburącz statystyczny uczestnik wyprawy bez narażenia się na przepuklinę. Paczki te w trakcie podróży okupowały pomieszczenia statkowego drink baru, kantyny, oraz wiele pomieszczeń służących zwykle jako pokoje załogi i turystów. Utworzone w korytarzach łańcuchy ludzkich rąk sprawnie przenosiły paki z pomieszczeń ładunkowych na pokład rufowy. Tam lądowały bądź w big bagach, bądź w klatkach, a te dźwigiem lokowane były na PTS albo na zodiaki. Ekipę brzegową, oprócz zimowników Arctowskiego, stanowili Adam Tomaszewski i Czarek Janas z ekipy projektu MONICA i nasza Basia. A właśnie! Basię w końcu poznałem, ale przez miesiąc spędzony w podróży z Arctowiakami, jest z nimi tak zżyta, że kompletnie nie czuć, aby była cząstką Polonusowej ekipy.
No, ale cóż z rozładunkiem!? Zapakowane zodiaki i PTS (stareńkiej radzieckiej konstrukcji gąsienicowy transporter pływający) płyną z ładunkiem w stronę brzegu. Do pokonania około 300 metrów, w takiej odległości zakotwiczyć mógł bezpiecznie nasz „transportowiec”. Szybko przekonałem się, co dalej, bo już z drugim transportem popłynąłem wesprzeć frakcję brzegową. Warto dodać, że w chwili rozpoczęcia rozładunku dookoła panowały ciemności. Koniec października to na południu jeszcze końcówka wiosny i słońce wciąż jeszcze na tej szerokości geografcznej zachodzi za horyzont. Dotarłem zatem na brzeg i od razu porwany zostałem w wir pracy. Zatrzymaliśmy się zodiakiem przy jak gdyby slipie. Był to slip. Slip naturalnie ukształtowany, wyrzeźbiony przez wody płynące z topniejącego na okolicznych wzgórzach śniegu, ale jednak wciąż slip! PTS też zapewne miał udział w przetarciu szlaku, bo tędy właśnie wjeżdżała do wody ta wielka, czerwona amf- bia. Gdy PTS osiągał brzeg i kierował się do magazynów, z którymi przyszło mi się zapoznać nieco później, na „slip” podjeżdżał tyłem traktor z przyczepką. Z pewną nieśmiałością wskakiwałem po raz pierwszy do lodowatej wody. Paczka po paczce, zabieraliśmy ładunek z pontonów i umieszczaliśmy je na przyczepie. To wszystko, brodząc po kolana w rwącej, płynącej z lądu rzece. Czasami, żeby podjąć paczkę z pontonu, trzeba było wejść do wody o głębokości około metra, metra trzydzieści… Muszę powiedzieć, że to wielki dysonans poznawczy, gdy stoi się po pas w lodowatej wodzie… i jest ciepło! Brawo Marinepool i jego „suchacze”. Gdyby jeszcze dno zechciałoby być mniej kamieniste, a brzeg wokół podmywanej strumieniami wody przyczepki mniej błotnisty, praca byłaby ekstremalną przyjemnością. Przyczepka traktora mieściła mniej więcej zawartość dwóch zodiaków. Kiedy się wypełniała, traktor holował ją do jednego z dwu wielkich blaszanych magazynów, oddalonych o około dwieście metrów. W zależności od wypełnienia przyczepki, albo jako pasażerowie na gapę, albo na płetwach w ślad za traktorem, szliśmy do budynku, tym razem rozładować naszą przyczepkę, starając się w miarę możliwości zachować jakiś sens i logikę w układaniu w magazynie przywiezionych rzeczy. W tym samym czasie kilka osób rozładowywało PTS-a. Najpierw dźwig ściągał big bagi i klatki na poziom zero, następnie ostrówek podwoził je do środka magazynu i tam następowało ręczne, fnalne rozpakowanie. Oprócz big bagów i klatek PTS woził cyklicznie najcięższe rzeczy, jak butle z gazami technicznymi, cement, betoniarkę, skuter śnieżny… Dźwig obsługuje Jarek Roszczyk, weteran wypraw polarnych. Jarek jest techniczną alfą i omegą. Potraf obsługiwać wszelkie sprzęty dymiące na stacji, od PTS-a do skutera śnieżnego. Umie spawać, toczyć, frezować, nie boi się stolarki, elektryki, no i zna stację jak własną kieszeń.
Do rana realizowałem się jako doker, tragarz, wodołaz. Chyba tylko Adam wie, ile cykli rozładunkowych nastąpiło. Ale myliłby się ten, kto sądziłby, że rano przyszła chwila oddechu. Nie. Rano nadeszła kumulacja! Oprócz „zwykłych” big bag’ów przyszedł towar spożywczy. Dwie klatki po suft zawalone mrożonkami wszelakimi. Oddychaliśmy już wtedy rękawami, ktoś poprosił o wsparcie choćby dwu osób. Padło m.in. na Sebę, bowiem Marcin przypisany został do cumy rufowej PTS-a i ta rola wiązała go trwale ze statkiem. Witałem więc o poranku Sebę który przypłynął rozpromieniony, jakby dotarł na długo wyczekiwany piknik. Nie wiem, skąd mieliśmy na tyle energii i sił, żeby się wygłupiać i dowcipkować w trak- cie rozładunku mrożonych kurczaków, kaczek i innych martwych zwierząt. Może to kwestia tego, że na stację do pracy nie wybierały się Leśne Żuczki, ale ludzie nastawieni na pot, krew i łzy, a nam udzielił się ich zapał i determinacja.
O jedenastej wyraźnie rozpoczął się odpływ, a jednocześnie w zatoce pojawił się lodowy pak, który zaczął lepić się do brzegów stacji, utrudniając docieranie pływadełek naszych mniejszych i większych. Zodiaki z coraz większym trudem przebijały się przez labirynt kry i growlerów. Mieliśmy okazję oglądać dwie szkoły pokonywania lodowych przeszkód: argentyńsko-polską ze wspaciem moskiew- skim. Rosjanie pokonywali przeszkody metodą siłową – gniotsa nie łamiotsa: dużo silnika, wyskakiwanie załogi na kry, ręczne odpychanie, brodzenie w wodzie. Trzeba powiedzieć, że styl dosyć widowiskowy. Momentami Alieksiej wyskakujący ze zodiaka, znajdował się o kilka metrów od pontonu, przeskakując sprawnie po labilnych kawałkach kry. Na taką metodę pozwalał dwuosobowy wodoodporny skład załogi – jedna osoba silnik, druga – lodoskoczek w suchym kombinezonie. Metoda argentyńsko-rosyjska obrana przez Tomasa była bardziej fnezyjna. Polegała na wyborze drogi często wielokroć dłuższej, ale po wodzie, między białymi „kłodami”, a gdy już nie było dalszej możliwości postępu, zaczynały się roszady. Wyglądały one tak, że Tomas wjeżdżał dziobem na krę i dając silnikiem lekko wstecz, odholowywał krę na drugi krąg, poza zbity obszar lodu. Potem wjeżdżał i odholowywał następną i następną. Inny trik to odwracanie się tyłem do przeszkody i wytwarzanie śrubą silnika prądu, z którym wzięta na cel kra odpływała. I tak powolutku, acz konsekwentnie, aż do przedarcia się pod sam brzeg. Wbrew pozorom, mimo że metoda Tomasa wydawała się bardziej żmudna, chyba była szybsza i skuteczniejsza. Tomas miał drugą osobę do pomocy, ale jego załogantka Natasza nie miała teletubisiowego stroju i nie mogła ryzykować kąpieli w wodzie o temperaturze minus dwa stopnie. Tak czy inaczej, mimo kunsztu woditieli zodiakowych, ostatnie w tej turze rozładunku skrzynie, paczki z warzywami, donoszone były na brzeg z trzeciego rzędu zalegającej przy brzegu kry. Dalsza praca pontonów byłaby bezskuteczna. PTS też został wyeliminowany z użycia, próba wpłynięcia na tak gęsty pak, mogłaby się skończyć zawieszeniem na lodowych bryłach i oczekiwaniem na kolejny przypływ.
Dostaliśmy wiadomość ze statku, żebyśmy z Sebą wracali ostatnim możliwym transportem. Kapitan podjął decyzję, by nie czekać biernie na przypływ, ale żeby w tym czasie popłynąć i podjąć próbę rozładunku sprzętu na Lions Rump.
Dopiero gdy wróciłem na statek, kiedy usiadłem w ciepłej, suchej mesie, prawdziwie poczułem w kościach tony przerzuconego towaru. Do Lions Rump jest paręnaście mil, było więc kilka chwil na odpoczynek, jednak adrenalina, zmęczenie, nie pozwoliły zasnąć. Poleżeliśmy jednak kontemplacyjno-medytacyjnie na swoich kojach, oszczędzając sobie bolesnego przebudzenia po zbyt krótkim śnie, kiedy Polar Pioneer zaczął rzucać kotwicę w pobliżu Refugium „Taturowa Chata” przy Lions Rump. Na Pioneerze nie sposób dyskretnie i po cichu wydać kilkudziesięciu metrów łańcucha kotwicznego, więc komunikat przez radiowęzeł o przybyciu na miejsce był jedynie formalnością, której stało się zadość. Oprócz mnie i Seby, jeszcze parę osób w suchych kombinezonach zostało wyekspediowanych na ląd, jako grupa rozładunkowa. Desantowały się również dwie Anie, Ania Gasek i Ania Grebieniow. Dziewczyny spędzą w małym domku na odludziu najbliższych kilka miesięcy. Naszym zadaniem jest rozpakować sprzęt, żywność, opał, dzięki którym zachowają autonomię i zdolność przetrwania przez następnych kilka mie- sięcy. Jeśli ktoś zapomniał o soli, cukrze czy herbacie – trzeba będzie się wyrzec korzystania z takich przyjemności na czas trwania całej misji. Czego teraz nie rozładujemy, o czym zapomnimy, co przeoczymy, to już trzeba o tym zapomnieć, bo możliwość dotarcia do dziewczyn z dodatkowym zaopatrzeniem, to nie jest sprawa prosta. W grę wchodzi wyłącznie droga wodna, a piętnaście czy szesnaście mil do pokonania przez zodiaki przy kapryśnej pogodzie antarktycznej – to wyzwanie nie lada. Niewielki drewniany domek, bardzo przyjemny, przytulny, wyposażony we wszystkie elementy konieczne do przeżycia. Jest sypialnia i gabinet dwa w jednym, jest kuchnia, czy raczej kuchenka, jest łazienka. Łazienka luksusowa, z ciepłą wodą pod warunkiem, że nie zapomni się napalić w piecu. Są też do dyspozycji stryszek i komórka gotowe przyjąć zapasy żywności i sprzęt. Zapotrzebowanie na prąd do ładowania komputerów, telefonu satelitarnego, UKF-ek zaspokaja agregat prądotwórczy. Musi być więc również paliwo do jego zasilania. Rozładunek trwał u dziewczyn kilka intensywnie przepracowanych godzin. Kolejnych kilka godzin polarnego ftnessu. W czasie, gdy realizowane były ostatnie kursy, w zatoce mocno się rozwiało. Dopychający wiatr sprawiał kłopoty z odejściem pontonów od brzegu. Kiedy ostatnie paczki wylądowały na brzegu, gdy nastąpił sygnał do odwrotu, nie było już innego sposobu wyjścia na głębszą wodę, niż wypchnięcie zodiaków ręcznie, brodząc po pas, po piersi w lodowatej wodzie. Potrzebnych było parę decymetrów wody pod dnem, aby bezpiecznie można było uruchomić śruby zaburtowych silników.

* ~ * ~ * ~ * ~ * ~ * ~ * ~ * ~ * ~ *

No, niby już spacerowaliśmy wcześniej w suchaczach po wodzie, w trakcie pracy na Arctowskim, ale do tego trzeba się troszkę przyzwyczaić. Przy okazji, komfort takiej atrakcji ograniczony jest brakiem zabezpieczenia dla głowy i dłoni. Kiedy ręce, uzbrojone w zwykłe rękawice robocze, raz czy drugi zanurzyły się w lodowatej wodzie zatoki – no, nie było to miłe. Podobnie, gdy fale zaczynające się budować wraz z tężejącym wiatrem schlapały głowę i włosy – było to prawdziwie orzeźwiające, wręcz wstrząsające przeżycie. Atrakcje atrakcjami, ale w końcu udało się wypchnąć nasze pływające sprzęty na bezpieczną wodę. Seba, który na ponton wskoczył trochę wcześniej, pomógł mi wydostać się na pokład i mogłem zacząć pracować nad przywróceniem krążenia w zmarzniętych na kość dłoniach. O 18.30 piliśmy kawę w granatowo-niebiesko-miodowej mesie.
Tym razem decyzja kapitana brzmiała: płyniemy najpierw wysadzić grupkę argentyńskich naukowców do ich bazy. I tak musimy kiedyś tam popłynąć, a czas przeznaczony na podróż do stacji argentyńskiej, to czas, szansa spłynięcia lodowego paku z Zatoki Admiralicji i szansa na dokończenie rozładunku na Arctowskim. Trzy godziny luzu, ale ten sam problem, co poprzednio. Tak wielkie zmęczenie, że aż nie potrafmy wypoczywać, tak duży wystrzał adrenaliny, że nawet dwudziestogodzinna, nielicha aktywność fzyczna nie daje ochoty na sen. Dopiero wieczorem, późnym wieczorem sytuacja, czyli nastawienie psychiczne nieco się zmienia. Argentyńczycy dali ciała. Ich baza nie odpowiedziała na wywołanie radiowe Polar Pioneera. Nie do wiary! Mogli sobie jakieś dyżury radiowe zrobić, bo przecież zbliżający się transport nie mógł być dla nikogo zaskoczeniem. Kapitan i Tomas wściekli. Parę godzin zmarnowanych. Parę bezcennych godzin, gdy oczyma wy- obraźni dojrzy się amerykańskich turystów stojących na kei w Port Stanley, z wielkimi kuframi, wypatrujących tęsknie statku, który nie przypływa na czas – bo sobie Argentyńczycy zaspali!
To nie koniec problemów. Wracamy do Zatoki Admiralicji. Pogoda się pogarsza. Wiatr i opady. Decyzja: do czasu spodziewanej poprawy pogody Polar Pioneer będzie krążył po zatoce. Czyli co najmniej do rana. Po takiej informacji napięcie, stan gotowości schodzi z nas jak powietrze z karnawałowego balonika i tym razem bez problemów oddajemy się w objęcia Morfeusza.
Jaka data? Jaka godzina kończy się, a jaka zaczyna? Tak czy inaczej, wyspaliśmy się do syta, obudziliśmy się siłami natury. Wszyscy potrzebowali wypoczynku, pewnie dlatego tym razem Tomas nie realizował swojej radiowej, a właściwie radiowęzłowej misji. Pogoda dotrzymała obietnicy złożonej przez prognozę, można kontynuować rozładunek. Tym razem cała nasza Polonusowa ekipa pracuje na pokładzie. I kolejne paczki, i kolejne wypełniające się big bagi, kolejne klatki transportowe wypełnione dobrem wszelakim, transportowane są zodiakami, PT- S-em na brzeg. Warto wspomnieć, że woda, woda mineralna, woda mineralna Cisowianka, woda mineralna Cisowianka w sześciopakach, zdominowała całość rozładunku, zmarginalizowała pozostałe towary. Konserwy w kartonach, puszki w paczkach kiedyś się kończyły, materiałów budowlanych ubywało z każdym kursem, makarony, cukry ryże znikały… Woda nie kończyła się nigdy! Woda, woda, woda. Właściwie nie zapytałem, ile tej wody mogło być, ale z pewnością wiele zylionów zgrzewek!
Post factum
Jeszcze wiele tygodni Cisowianka, jej przenoszenie, układanie, roznoszenie było motywem przewodnim życia stacji. Wiele osób przyjęło „śluby”, że po powrocie z wyprawy nigdy nie spojrzy nawet w stronę Cisowianki, a w szczególności w sześciopakach. Z czasem, początkowo bardzo radykalna frakcja antyCisu złagodniała i w ciągu kolejnych tygodni wszyscy chętnie pijali ciepłe napoje przygotowywane na bazie naszej ulubionej wody mineralnej.

_________________
Tomek Sosin - +48 724 334 721
... jakby było lepiej - to by sie nie dało wytrzymać!


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 19 lut 2019, o 22:16 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 paź 2011, o 19:24
Posty: 3843
Lokalizacja: Kraków
Podziękował : 192
Otrzymał podziękowań: 963
Uprawnienia żeglarskie: galernik
Jakies urozmaicenie może...


Załączniki:
20151102_121451.jpg
20151102_121451.jpg [ 97.77 KiB | Przeglądane 957 razy ]
1509795561079.jpg
1509795561079.jpg [ 53.07 KiB | Przeglądane 957 razy ]
1505045159735.jpg
1505045159735.jpg [ 11.13 KiB | Przeglądane 957 razy ]

_________________
Tomek Sosin - +48 724 334 721
... jakby było lepiej - to by sie nie dało wytrzymać!
Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 21 lut 2019, o 21:01 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 19 mar 2014, o 19:53
Posty: 3027
Podziękował : 25
Otrzymał podziękowań: 62
Uprawnienia żeglarskie: utalentowane bezpatencie
Nie nooo...
W tym tempie nie zdążę przeczytać całości przed rozpoczęciem sezonu :rotfl:


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
PostNapisane: 8 mar 2019, o 15:20 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 paź 2011, o 19:24
Posty: 3843
Lokalizacja: Kraków
Podziękował : 192
Otrzymał podziękowań: 963
Uprawnienia żeglarskie: galernik
Sobota, 31 października 2015 r.

Właściwie soboty końcówka – godzina 22.30. Za chwilę ostatni kurs PTS-a. Do zabrania zostały jeszcze tylko rzeczy osobiste. Kończymy rozładunek, koń- czymy rejs Polar Pioneerem. To było nowe, ciekawe doświadczenie. Mogliśmy się poczuć troszkę jak turyści, gdy pływaliśmy pośród lodowych gór, trochę jak kinomani, gdy co dzień braliśmy udział w projekcjach nietuzinkowych flmów po- dróżniczych, fabularnych. Byliśmy wreszcie po trosze marynarzami, aktywnie biorąc udział w załadunkach i rozładunkach statku. Ostatnie zdjęcia, wymiana maili z ekipą pozostających na pokładzie Argentyńczyków i w drogę…
W bazie otrzymaliśmy swój kawałek podłogi. Zostało nam przydzielone miejsce, w którym przyjdzie nam spędzić trochę czasu przez najbliższych kilka tygodni. Nasze schronienie to tak zwane letnie laboratorium. Nazwa dosyć huczna. Z elementów mogących się kojarzyć z laboratorium pozostała lampa biurkowa, jakich pod koniec XX wieku lubili używać architekci, czy projektanci oraz jarzeniowa lampa nad biurkiem w głównym pomieszczeniu naszego domku. Domek jest drewniany. Mieści się w nim sześć różnej wielkości pomieszczeń. Prowadzi do nich najpierw sień, wiatrołap, miejsce gdzie można zdjąć pierwszą warstwę ubrania. Z sieni, na prawo, znajdują się drzwi do pokoju, który zajęliśmy, a na lewo – korytarz biegnący wzdłuż budyneczku aż do największego z pomieszczeń, które zapewne kiedyś mogło służyć do pracy. Po drodze z korytarza na lewo, wchodzi się do dwu sypialni. Jedna sześcioosobowa, druga zdecydowanie mniejsza, z jed- nym dwupiętrowym łóżkiem. A, jest jeszcze łazienka, do której wchodzi się również zaraz na początku, wprost z sieni. Niestety łazienka jest nieczynna. Woda zakręcona na głucho, kibelek jest atrapą raz z braku wody, dwa z powodu braku połączenia z szambem, kabinę prysznicową możemy potraktować jako dodatkową szafę, gdybyśmy się nie mogli pomieścić w naszej sypialni. Nasze miejsce noclegowe położone jest około dwustu, trzystu metrów od głównego budynku bazy, czyli tak zwanego Samolotu. Swą nazwę Samolot zawdzięcza temu, że ma kształt litery „T”, gdzie daszek litery wygląda z lotu ptaka jak rozpostarte skrzydła aeroplanu. W „skrzydłach” mieszczą się pokoje mieszkalne uczestników wyprawy. Kadłub, czyli nóżka litery „T”, mieści w sobie główne pomieszczenie, które można, jak my- ślę, nazwać jadalnio-bawialnią oraz kuchnię i magazyny żywnościowe. W jadalni znajdują się po jednej stronie stoły z krzesłami, przy których może spotkać się przy posiłkach około dwudziestu osób, a po stronie drugiej wygodne fotele, ka- napy z niskimi ławami – miejsce doskonałe dla kontemplowania porannej kawy, popołudniowego podwieczorku, wieczornej herbaty.
Jest jeszcze kontuar barowy przepisowej knajpianej wysokości, za którym można znaleźć kolekcję szklanek i kieliszków, ale również dwa radia UKF, włączo- ne całodobowo na kanałach szesnastym i dwunastym. Sam kontuar na pierwszy rzut oka widać, że kryje w swoich zakamarkach liczne skarby.
Post factum
Aby przekonać się o trafności określenia Samolot, nie trzeba wzbijać się w niebo. Wystar- czy wybrać się, a któregoś dnia udało nam się tego dokonać, na wycieczkę na pobliski szczyt – Point Thomas. Patrząc z góry, wydaje się, że Samolot stoi na pasie startowym, prowadzącym w stronę latarni morskiej. Skojarzenie samo się narzuca, nie trzeba wykazywać się ponadprze- ciętną wyobraźnią. Samolot zbudowany jest modułowo, ze stalowych „kontenerów”, ale mimo że cała podstawowa konstrukcja jest ze stali, wewnątrz budynku panuje bardzo ciepły, swojski klimat, kojarzący się raczej z atmosferą schronisk górskich. Wykończenie jadalni, kuchnia, to przede wszystkim drewno. Drewniane podłogi, boazeria na ścianach, drewniane flarki wzmacniające środkiem konstrukcję dachu, drewniany suft. Część mieszkalna, to jasne wykończenia kartonowo-gipsowe. Pokoiki dla załogi są niewielkie, ale zawierają wszystko, co do życia w ta- kim miejscu potrzebne: łóżko, biurko, szafę. Trochę byłem zdziwiony, że w budynku jest tylko jeden prysznic. Na kilkanaście osób zamieszkujących tutaj, to chyba niewiele.
Po wstępnym rozpakowaniu wybraliśmy się do Samolotu na mocno wieczorną kolację. Po wyczerpujących akcjach rozładunkowych kiełbasa na gorąco smakowała w niezrównany sposób. W jadalni na stałe wystawione są do dyspozycji czajniki elektryczne. Na drewnianym regale znajduje się bogata kolekcja herbat, kaw, czekolad na gorąco. Dla każdego coś miłego. Idziemy spać. Jutro po raz pierwszy wybierzemy się na Polonusa. Postanowiliśmy nie pracować jeszcze jutro, właściwie to już dzisiaj, bo jest dobrze po północy. Po pierwsze mamy święto Wszystkich Świętych, po drugie powinniśmy trochę zregenerować siły. Człowiek nie ma już dwudziestu lat.

Niedziela, 1 listopada 2015 r.

I niedziela, i święto. Podwójna okazja, żeby kuchnia nie działała. Na stacji Arctowskiego panuje taka reguła, że w dni powszednie kuchnia przygotowuje trzy posiłki. Ósma rano – śniadanie, o czternastej obiad, godzina dziewiętnasta – ko- lacja. W niedziele i święta personel kuchenny ma dzień wolny od pracy, ale kuchnia jest czynna w wersji samoobsługowej. Można korzystać z zasobów lodówek i spiżarni/magazynu żywnościowego. W ramach wyposażenia kuchni jest profesjonalna kuchnia gazowa z kilkoma palnikami, piekarnik, mikrofala. Jest maszyna do pieczenia chleba. Korzystając z tych dobrodziejstw, bez problemu każdy może sobie zorganizować małe lub większe conieco. Tym niemniej dzisiaj Asia kucharka upiekła doskonałe dwa ciasta, w tym makowiec!
Post factum
Doświadczenie kolejnych dni wolnych od pracy nauczyło mieszkańców stacji, że fajnie jest zawiązać kulinarne sojusze, posiłkowe spółdzielnie. Grupki współposiłkowe powstawały spon- tanicznie, gdy okazywało się, że parę osób ma ochotę na pizzę albo naleśniki czy inne sushi. Wtedy albo tych parę osób o wspólnym pomyśle na menu pracowało wspólnie, przy okazji miło spędzając czas, albo znajdowali się liderzy produktu – fachowcy – wirtuozi kulinarni, którzy sami wykonywali popisowe danie, obdarowując owocem działań współbiesiadników. Bywało też tak, to wersja dla leniwców bądź dla tych, którzy nie przywiązują szczególnej wagi do tego, co je- dzą, że można było znaleźć w spiżarni pozostałości po obiadach z dni poprzednich. A to jakieś zaginione w akcji sznycle, a to jakieś nadliczbowe pierogi czy zbywający bigos z poprzedniego tygodnia.
Nie bawiliśmy się tym razem w jakieś fnezyjne śniadanie, chcieliśmy jak naj- szybciej wybrać się do Polonusa.
Mieliśmy zerknąć, jak długo się idzie do jachtu, ale oczywiście zapomnieliśmy popatrzeć na zegarek. Może sam tego nie odczuwałem jakoś głęboko, ale emocje wisiały w powietrzu. Jakiś taki delikatny niepokój, co zastaniemy. Po drodze – pierwsze bliskie spotkania trzeciego stopnia. Na trasie naszego przemarszu wyle- giwał się słoń morski wraz ze swoim haremem. Niezły kozak. Siedem samic i kilka młodych słoniątek. Nie jestem jakimś zawziętym miłośnikiem fauny polarnej, ale Małgosia, szefowa od liczenia pingwinów i innej morskiej trzódki, troszkę nam opowiadała o słoniowomorskich zwyczajach. Generalnie nie mamy powodów się ich obawiać, są zbyt leniwe i niezbyt agresywne, a na pewno za wolne, żeby im się chciało uganiać za dwunogimi stworzeniami.
Troszkę dalej od bazy, a bliżej jachtu stadko pingwinów. Myślałem, że pin- gwiny są poważniejszych gabarytów. No niby wiem, że tylko Pingwin Królewski osiąga jakieś tam znaczniejsze rozmiary, no ale jednak tutejsze pingwiny to straszne mizeraki, wręcz kaczuszki. Kiedy nas dostrzegły, wyciągnęły szyje, wytężając wzrok i słuch, potem, gdy poczuły się zagrożone, pingwinim truchcikiem w nogi!
Pierwszy do jachtu dotarł Seba. Nie sposób było tego ukryć, bardzo się wzru- szył. Nie lubię takich pretensjonalnych gestów, ale tym razem całusek w dziób, a potem klaps w rufę, wydał mi się całkiem na miejscu. Ostatni raz takie wzruszenie widziałem u faceta, kiedy wychodziliśmy tego roku jachtem Empatia ze szczecińskiej przystani. Dla właściciela Empatii, Andrzeja Walczaka, to było zwieńczenie długiej drogi, zakończonej zwodowaniem wymarzonej, wypieszczonej, budowanej szesnaście lat jednostki. Dla Seby, tu i teraz, to jest początek drogi, ale waga emocji chyba podobna. Coś, kuźwa, uczuciowi są ci żeglarze! Mam nadzieję, że nasza akcja zajmie mniej niż szesnaście lat, bo mam plany na najbliższe święta, a w nowym roku zimowy rejs na Karaiby.
Na pierwszy rzut oka jest lepiej niż przypuszczałem. Źle powiedziane, bo nic nie przypuszczałem, więc rzeknę, że jest lepiej, niż można było przypuszczać. Jacht stoi lekko przekrzywiony na lewą burtę, trzeba będzie zacząć od spionizowania. Olinowanie stałe wygląda super, nówka sztuka. Na burtach są rdzawe wykwity, naleciałości, ale nie wydają się być czymś groźnym. Na pokładzie też wszystko wygląda OK. Nie wiem, w jakiej kondycji był jacht zaraz po wypadku, ale gumowe okładziny pokładu są w nie najgorszym stanie. Podobnie relingi i słupki relingów. Widać, że jest jakiś galimatias z fałami, ale zeszłego roku fał grota został zerwany, gdy zawieszony był na nim balast, mający pomóc jacht położyć na burtę, więc to nie dziwi.
No dobra – Seba przodem, wchodzimy do wewnątrz. Tym razem coś tam podejrzewałem, że będzie brud, może błoto, butwiejące gretingi… Nic z tych rzeczy. Wzrok przykuwały: rozbebeszona tablica rozdzielcza, poobcinane kable od elektronicznych urządzeń pokładowych. Poza tym panował nieomal wzorowy po- rządek. Materace leżące na kojach nie nosiły najmniejszych śladów pleśni, nie było zapachu stęchlizny. Najwyraźniej polarny klimat działa w pewnych dziedzinach zbawiennie. Kiedy zaglądaliśmy do zęz, do bakist – wszędzie „czysto”. Absolutnie żadnych nieciekawych roślinek, widać w tym klimacie wszystko umiera, zanim się narodzi. Jakże miło, że dotyczy to pleśni. Troszkę się zmartwiliśmy tym, że w zęzach jest lód. Dużo lodu. Chłopcy dogadali się zeszłego roku, że któryś z Arctowiaków, odpompuje wodę z zęzy, spuści olej z przekładni… Widać zapomnieli. No, ale ważne, że lód miał gdzie pęcznieć i jest szansa, granicząca z pewnością, że zamarzająca woda nie poczyniła żadnych większych szkód. Pokręciliśmy się, pod pokładem, trochę po pokładzie. Seba pozaglądał w różne, różniste zakamarki. I wróciliśmy do bazy, mając już jakiś obraz tego, co jest do zrobienia w pierwszej kolejności. Jeszcze przed zejściem z pokładu, rzut oka na gretingi w kokpicie i na stolarkę – są w naprawdę dobrym stanie. To, co zastaliśmy na jachcie, natchnęło nas optymizmem. Dziś nasza wizyta u Poldka była ofcjalną inauguracją, a jutro zaczynamy konkretne prace. Droga na jacht bardzo wyczerpująca z racji wielkich ilości śniegu. No i jeszcze te stwory morskie, które wypada omijać w przyzwoitej odległości, ponieważ, jak twierdzą niektórzy, to słonie morskie są u siebie, a my jesteśmy gośćmi. Zatem zachowujemy się grzecznie, nadkładając drogi w slalomie miedzyzwierzątkowym.
Dzisiaj w związku ze świętem zaplanowane było wspólne wyjście na grób Włodzimierza Puchalskiego. Kilkuosobowa grupa wspięła się mozolnie na wzgórze opodal, na którym spoczął polski fotografk. Dlaczego my się nie wybraliśmy – pojęcia nie mam. Dlaczego ja się nie wybrałem – ano zająłem się notatkami, rozmyślaniem o niebieskich migdałach i moment wyjścia mi uciekł.
Wieczorem w Samolocie jeszcze krótka odprawa dotycząca zasad obowiązujących na stacji. Małgosia przypomniała o zasadach tyczących obchodzenia się z tutejszą fauną, w szczególności przypomniała, by nie zakłócać naturalnego ekosystemu poprzez oswajanie, dokarmianie tutejszych zwierzaków. Tu zaniepokojony zabrał głos Sylwek:
- Czy to znaczy że mamy już nie dawać pingwinom makowca!??? Te ułamki sekund i miny ekologów przez tą chwilkę nim stało się jasne, że to żart – bezcenne!
Po pogadance dostaliśmy przepięknej urody, metalowe przypinki Czterdziestej Jubileuszowej Wyprawy Antarktycznej!
Poniedziałek, 2 listopada 2015 r.

* ~ * ~ * ~ * ~ * ~ * ~ * ~ * ~ * ~ *

_________________
Tomek Sosin - +48 724 334 721
... jakby było lepiej - to by sie nie dało wytrzymać!


Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 24 ] 


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 20 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
[ Index Sitemap ]
Senior | Stocznia jachtowa | Nexo yachts | Łodzie wędkarskie Barti | Projektowanie graficzne | Szkolenia żeglarskie i rejsy NATANGO
Olej do drewna | SAJ | Ośrodek Żeglarski AM | Setką przez Atlantyk | Opieka Senioralna | Kapiszonownik


Wszystkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment serwisu "forum.zegluj.net" ani jego archiwum
nie może być wykorzystany w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody właściciela forum.żegluj.net
Copyright © by forum.żegluj.net


Nasze forum wykorzystuje ciasteczka do przechowywania informacji o logowaniu. Ciasteczka umożliwiają automatyczne zalogowanie.
Jeżeli nie chcesz korzystać z cookies, wyłącz je w swojej przeglądarce.



POWERED_BY
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL